„Motyl” w Science-Fiction Fantasy i Horror 79

Serdecznie zapraszam do lektury „Motyla”, którego można znaleźć w majowym (i niestety ostatnim) numerze Science-Fiction Fantasy i Horror.

A w ramach ciekawostki – link do piosenki, która zainspirowała mnie do napisania „Motyla”.

Reklamy

„Śpiewając morzu” w Esensji

Na łamach Esensji pojawiło się dzisiaj moje opowiadanie, „Śpiewając morzu”. Serdecznie zapraszam do lektury!

„Ucho”

Kolejny tekst na Szortalu, tym razem nieco dłuższy niż sto słów. Zapraszam do lektury „Ucha„.

„Ślepiec” w stu słowach

Pierwszego czerwca swoją premierę miał Szortal – portal w całości poświęcony krótkim formom literackim. Wśród wielu interesujących tekstów znalazł się również mój „Ślepiec”.

„Pokonać Morze” w Science-Fiction Fantasy i Horror 65

Do sprzedaży trafił właśnie sześćdziesiąty piąty numer Science Fiction Fantasy i Horror, w którym można przeczytać moje opowiadanie – „Pokonać Morze”. Serdecznie zapraszam do lektury!

Chlupotka

Morgasi

Powiedzieć, że mężczyzna był żabiooki to za mało, o wiele za mało. Równie dobrze paszczę smoka można by nazywać „słodkim pyszczusiem”, bowiem siedzący w chacie sołtysa osobnik wyglądał dokładnie jak żaba. Mięsiste wargi dzieliły na pół niekształtną głowę, z której – niczym wisienki z tortu – wystawały wodniste oczka. Połączone błoną palce niecierpliwie bębniły o stół podczas gdy żabszczyzna spoglądał na gospodarza.
– I tak się wam upiekło, panie Królewicz – rzekł chłop. – Wiedźma widać nie najlepiej radzi sobie z klątwami, inaczej byście na stole, a nie przy stole siedzieli.
– Dzięki temu wasze przyrodzenie też jest bezpieczne, choć zastanawiam się, czy da się bardziej zmniejszyć – odgryzł się żabol.
Sołtys prychnął tylko i machnął ręką, że niby nie złośliwości mu w głowie – dobry sposób, gdy nie jest się dość bystrym na błyskotliwą ripostę. Taki to już jest niesprawiedliwy los, że jednym daje mózg, co prawda w żabiej oprawie, a innym ledwie sołtysią czapkę. Choć akurat za płazi wygląd Alberta Królewicza nie odpowiadał akurat los, a kto inny.
– Poswarzyć możemy się później – stwierdził sołtys. – Ważniejsze, że obu nam nie w smak wiedźmowanie. Moglibyśmy tedy połączyć siły i pozbyć się problemu. Wy mi, panie Królewicz, przyniesiecie coś z wiedźmiej chaty, a ja wam zdradzę, jak wiedźmi urok odczynić.
Żabczyk prychnął.
– O pocałunku krasnej dziewki to wiem, więc lepiej, abyście inny sposób mieli – burknął, z trudem kryjąc rozgoryczenie. Nie raz i nie dwa próbował znaleźć chętną pannę, ale żadna nie chciała całować kogoś o wyglądzie przerośniętej ropuchy. Nie godziły się ani z litości, ani za pieniądze, których zresztą Albert nie miał zbyt wiele. Nawet Chętka, o której mówiono, że za byle grosz fiknie na siano, odęła tylko wargi i mruknęła coś o zarażaniu się brodawkami.
Sołtys przyjrzał się mu uważnie, jakby potrafił odczytać myśli Królewicza.
– A gdyby tak dziewka się znalazła? Chętna i wyrozumiała? – zagaił. – Taka, co wiecie, chętniej w serce będzie patrzyć niźli w te wasze ślepia.
Żabak pochylił się nad stołem, oczy z nieprzyjemnym pluskiem zawirowały i skupiły się na chłopie – przypominało to nieco atak zeza.
– Mówcie więc…

*

Chlupotka, wiedźma wiosennych roztopów, była niezadowolona. Minął tydzień od przesilenia, a nieba wciąż sypało się białe obrzydlistwo zamiast przyzwoitego deszczu. Paskudztwo topniało co prawda szybko, ale powstałe w ten sposób błoto było o wiele gorszej jakości. Chlupotka klęła pod nosem wyobrażając sobie, że podobna tandeta w ogóle nie będzie trzymała się butów i odpadnie najdalej po upływie miesiąca.
Powiał wiatr, plącząc wokół nóg falbany poszarpanych spódnic i jeszcze bardziej psując wiedźmi humor.
– Przydałbyś się na coś – mruknęła niezadowolona. – Chmury przegonił albo co.
Wietrzysko zawyło w uszach, pchnęło w oczy płatki śniegu – zbyt gęstego, by można go uznać za nieistotny. Chlupotka zatupała gniewnie w błocie, złorzecząc całemu światu, a potem zrezygnowana podreptała do chaty w lesie – wśród drzew przynajmniej tak nie wiało. Wyliczała w myślach listę rzeczy, które pozostały do zrobienia, a każdy z punktów odhaczała gniewnym uderzeniem obcasa. Błoto pośniegowe przyjemnie chlupotało, wtórując bulgoczącej w wiedźmie złości: kto by pomyślał, że chatce na kurzej nóżce zamarzą się wiosenne spacery – w dodatku przez bagniska i podmokłe łąki! Teraz trzeba będzie zeskrobać szlam, błoto, a potem pozbyć się zapachu krowiego łajna. I to wszystko metodami tradycyjnymi, bo miotła Chlupotki obraziła się ciężko już ostatnim razem, gdy przyszło jej wykonywać niewdzięczne, domowe obowiązki. Wiedźma dobrze pamiętała, że dopiero zbieranie wierzbowych witek na nowy środek transportu sprawiło, że niewdzięczna zamiatajka przestała się boczyć w kącie. Złość bulgotnęła jakby bardziej, niebezpiecznie zbliżając się do głowy – a gdy Chlupotka była wściekła, sypała klątwami na lewo i prawo. Potem całymi dniami musiała wysłuchiwać pretensji pokrzywdzonych wieśniaków, co oczywiście znów psuło jej humor. Gdyby nie to, że wiedźma nie zniżyłaby się do czynności gospodarskich (poza, rzecz jasna, zupełnie niezbędnymi, jak suszenie ziół, mieszanie w kociołku, no i w ostateczności sprzątanie), to przegnałaby chłopów za siedem gór – ale ktoś musiał jej dostarczać produktów żywnościowych, które na drzewach nie rosły. Zresztą nawet gdyby rosły, zawsze potrzebni byli ludzie, żeby je zebrać, prawda? Chlupotka fuknęła, wciąż jeszcze niezadowolona, ale wyraźnie pocieszona wizją, w której ona, pani na leśnych włościach, przyjmuje dary od swoich poddanych. A że oczekiwali w zamian napoju miłosnego albo uroku? Przecież to właśnie wiedźmy robią, więc krzywda się jej nie działa. Może życie wcale nie było takie złe – żeby jeszcze tylko śnieg przestał padać…

*

Gdyby mógł, Albert Królewicz zgrzytałby zębami. Miał wrażenie, że sołtys zwyczajnie wysługuje się nim, a przy okazji bawi się setnie.
– „Musisz stać się niewidoczny” – mamrotał pod nosem żabuch, umiejętnie imitując głos chłopa. – „Stopić się z otoczeniem, żeby bystre oczy wiedźmy cię nie wypatrzyły”.
Tak właśnie mówił, drań jeden. I przekonywał, że Albert, Albert Królewicz!, musi utaplać się w błocie, a potem wytarzać w igłach sosnowych i zbutwiałych liściach. „Już ja mu dam kamuflaż” – myślał żabik, przeżuwając robaka i kawałki kory, które przylepiły się do języka. Czekając na okazję uprzyjemniał sobie czas rozmyślaniem o zemście na butnym chłopie. Zresztą, wiedźmie też się dostanie, a co! Popamiętają go, a jakże – bo z Królewiczem się nie zadziera.
Wokół chatki na kurzej nóżce było cicho. Czyżby paskuda spała, zmęczona rzucaniem klątw? A może tylko czaiła się, czekając na kolejną bezbronną ofiarę, która przyjdzie poprosić grzecznie o eliksir miłosny – Albert aż sapnął na wspomnienie własnej przygody. Wprawdzie gdzieś na dnie duszy nieśmiało popiskiwało sumienie i usiłowało przekonać Królewicza, że prośba może niekoniecznie należała do uprzejmych, a rzucania klątw nie zaczęła wiedźma. Ona po prostu była bardziej skuteczna w przeklinaniu. „Nieważne” – pomyślał żabczewicz. Zwracanie uwagi na szczegóły nigdy nie należało do jego mocnych stron.
Zresztą z tego właśnie powodu o mało co nie przeoczył wiedźmy wracającej do domu.
Na widok olbrzymich butów z zakręconymi noskami, które przechlupotały niemalże po wyciągniętych wśród błota dłoniach Albert drgnął ze strachu. Zaraz potem zamarł, gdy uświadomił sobie, co zrobi paskuda, jeśli zauważy go w okolicy chatki. Królewicz dobrze pamiętał, że ostatnio niewiele brakowało, by zamiast klątwą wiedźma rzuciła olbrzymim tasakiem. Po raz pierwszy zaczął się zastanawiać, czy wygląd na pewno jest najważniejszą rzeczą w życiu i przypominać sobie, jak nauczyciele powiadali, że to nie szata zdobi człowieka. Cóż, brodawki i wyłupiaste oczka też nie zdobiły.
Trzeba zaryzykować, chwytać okazję – i dzwonek, po który wysłał go sołtys. Dzwonek… Być może to obraz dźwięczącego przedmiotu sprawił, że w głowie Alberta też zaczęło coś dzwonić. Bo po co chłopu zwykły, krowi dzwonek? Jakby krasule pasące się na łące nie miały podobnych. „Musem to jakiś arcyumagiczniony artefakt” – zdecydował Królewicz. – „Potężna relikwia, którą wiedźma podstępem wykradła”. Wiadomo, podobny przedmiot należy czarownicy odebrać, nie powinna go dotykać krzywymi paluchami i używać do obmierzłych celów (takich, jak zmienianie ludzi w żaby). Ale żeby zaraz oddawać go chłopu? Przecie zgubi albo popsuje, albo – jeszcze gorzej! – całą magię zużyje na użyźnianie pól albo sprzątanie obory. Albert aż zadrżał na myśl, że artefakt mogący zdjąć klątwę zostałby użyty w tak plebejskich celach i postanowił, że zanim dogada się z chłopem, sam wypróbuje możliwości dzwonka. Kto wie, może sołtysowa córka wcale nie będzie potrzebna…

*

Chlupotka skrzywiła się nieznacznie, gdy poczuła znajomą magię. Własną magię. Nie rozglądała się za bardzo, by nie wzbudzać podejrzeń – zresztą nie musiała. Głowę by dała… no nie, głowy to nie, była jej potrzebna, ale kociołek by już mogła, że w pobliżu czaił się ktoś, kto całkiem niedawno miał do czynienia z wiedźmią klątwą. Przebiegła w myślach listę ostatnich ofiar, ale nikt nie wydawał się jej na tyle głupi, by ryzykować ponowne spotkanie.
Powoli wspięła się po schodkach prowadzących na ganek i weszła do domu. Miała nadzieję, że głośne trzaśnięcie drzwiami wywołało dreszcz na plecach nieproszonego gościa. Pocieszającą wydała się jej myśl, że jeśli intruz nie zmądrzeje i nie wykorzysta okazji, by wynieść się jak najdalej, to już wkrótce wiedźma będzie miała na kim odreagować zły humor.
Krótkie gwizdnięcie przywołało miotłę – stała teraz przed Chlupotką, która z żalem powiesiła kapelusz na końcu kija.
– Tylko go nie upaskudź – mruknęła z niechęcią patrząc, jak miotła zmienia się nagle w kopię wiedźmy. Nawet błoto na butach układało się w identyczne wzory. – I nie leź za daleko, będę cię pewnie potrzebować.
A potem Miotłotka wymaszerowała z chatki. Wiedźma poczuła się wyjątkowo zadowolona z iluzji, gdy usłyszała, jak błoto chlupocze pod naciskiem butów. Pozwoliła, by drzwi zatrzasnęły się delikatnie – jakby same z siebie i rozejrzała się. Trzeba było się ukryć.

*

Albert patrzył podekscytowany, jak wiedźma wychodzi z chaty i znika w lesie. Zapomniał o zimnym błocie, w którym przyszło mu leżeć i o sosnowych igłach wpijających się w skórę. Teraz, teraz miał szansę! Poderwał się i w podskokach ruszył w kierunku chatki. Jakież było jego zdziwienie, gdy kurza nóżka ożyła nagle i okręciła się wokół własnej osi, uniemożliwiając wejście do środka.
– Zatrzymaj się, cholero jedna! – sapał, gdy złośliwa chatka przegoniła go po całej polance. – Bodajbyś zbutwiała. I połamała sobie pazury – wyrzekał patrząc, jak kurza nóżka podskakuje radośnie. – Stój, mówię! Leżeć, chałupo!
Umilkł nagle, gdy uświadomił sobie, że krzyki mogą zwabić wiedźmę z powrotem. Może wcale nie odeszła daleko?
– Zatrzymaj się. Proszę… – wyszeptał płaczliwie, rozglądając się na boki.
Chatka zamarła nagle, tuż przed nim. W pierwszym odruchu chciał powiedzieć „dziękuję”, ale opamiętał się szybko i wbiegł po schodkach, by tuż przy drzwiach zwolnić nagle i zatrzymać wpół gestu dłoń, która już sięgała ku klamce.
– Głupie przesądy – mruknął, próbując dodać sobie odwagi, jednak zielone, połączone błoną palce przeczyły słowom, nie chcąc się poruszyć.
I byłby tak stał do wieczora, gdyby nie przypomniał sobie o wiedźmie. Mogła przecież wrócić w każdej chwili – a lepiej, żeby wtedy Alberta już w chatce nie było. Nie zastanawiając się dłużej Królewicz pchnął drzwi i wszedł do środka, już od progu czując zapach nieznanych ziół. W zalegającym w środku półmroku wszystko wyglądało dziwnie złowieszczo – jakby każdy mebel i przedmiot miał za chwilę zmienić się w potwora. Kociołek przypominał pękatego kobolda, rośliny suszące się pod powałą wyglądały niemalże jak nietoperze, a dzwonek na kominku… Zaraz, dzwonek? Królewicz rzucił się ku niemu, potykając się po drodze o niewielki zydel. Gdy tylko żabie paluchy zacisnęły się na przedmiocie, Albert skakał już w kierunku drzwi i dalej, po schodkach w dół. Uciekając przez las żabuch nie mógł słyszeć śmiechu wiedźmy, która ukrywała się w cieniu kredensu.

*

A więc dzwonek… To nie mógł być pomysł przybłędy, Chlupotka wiedziała, że butny panicz, który kilka dni wcześniej zawitał do chatki, nie miał pojęcia ani o wiedźmach, ani o ich magii. Poza tym był zbyt przestraszony, by z własnej woli ryzykować potajemny powrót. I zbyt pyszny, by wrócić na kolanach przepraszając i błagając o zdjęcie klątwy. Chlupotka uśmiechnęła się krzywo.
– No to znalazłeś sobie ofiarę – powiedziała, a potem gwizdnęła na miotłę. Mogła się domyślić, że sołtys w końcu spróbuje jakiejś sztuczki. Tchórzliwy chłop nie ryzykowałby sam, ale przecież mógł wyręczyć się kimś, kto również miał zatarg z wiedźmą.
Miotła wróciła akurat wtedy, gdy Chlupotka wychodziła przed chatkę. Kapelusz ponownie spoczął na czarnych włosach, a zamiatajka wróciła na swoje miejsce – do kąta przy wiadrze. Wiedźma usiadła i łuskając nasiona słonecznika, który pozostał jej jeszcze z ostatniego lata, obserwowała gromadzące się chmury. Spodziewała się, że Albert nie wytrzyma i skorzysta z mocy dzwonka. Nie mógł wiedzieć, że sołtysowi nie chodziło o użycie przedmiotu – wręcz przeciwnie, zmyślny chłop zamierzał pewnie pozbyć się go raz na zawsze, albo chociaż ukryć w bezpiecznym miejscu.
– Trzeba było przyjść osobiście – zachichotała uratowana wiedźma, gdy pierwsze kuleczki gradu zaczęły chłostać polankę. A tam, gdzie stał Królewicz, musiało padać jeszcze mocniej.
Chlupotka wyciągnęła nogi na schodkach, kolejny raz ciesząc się z zadaszenia nad gankiem. Właściwie mogłaby zająć się czym innym, bo gradobicie nie ustanie przed wieczorem, ale chciała nasycić oczy widokiem. Chociaż właściwie… Poprawiła kapelusz na głowie i wyszła na polankę. Białe kuleczki uderzały o sztywny materiał ronda, ale poza tym nie czyniły wiedźmie krzywdy.
Drogę przez las Chlupotka umilała sobie zastanawiając się, jaki kolor mogą przybrać siniaki na żabiej skórze. Miała wrażenie, że dzień kończy się o wiele lepiej, niż się zaczął. W końcu grad to nie obrzydliwie puszysty i mokry śnieg, a wiatr może, rozwiewając magicznie przywołane chmury, przegoni również te zwyczajne. No i zemsta. Królewicz ma nauczkę, ale będzie przecież trzeba utrzeć nosa sołtysowi… Dla bezczelnego chłopa zaplanuje coś specjalnego – żeby na długo zapamiętał, komu nie należy wchodzić w drogę.
Na skraju lasu, tam gdzie drzewa ustępowały łące, leżał nieprzytomny żabert. Wiedźma pochyliła się i wyjęła dzwonek z zaciśniętej dłoni.
– Oj, oj, oj – powiedziała, cmokając z dezaprobatą. – Ja ci na rękę idę, w prawdziwą żabę nie zmieniam, a ty mnie okradasz? – Nie przeszkadzało jej, że Królewicz jest nieprzytomny. Tak było nawet lepiej, przynajmniej się nie ciskał, ani nie błagał o litość.
Wiedźma wymruczała kilka zaklęć i ciało biednego Alberta zaczęło się kurczyć. Już po chwili w błocie leżało coś, co przypominało rozjechaną przez powóz żabę. Chlupotka z trudem oparła się pokusie, by nadepnąć gada – szkoda byłoby znów czyścić buty, a przecież los złodzieja był już policzony. Wiedźma dobrze pamiętała, że bociany uwielbiały podmokłe łąki wokół wioski.
– Smacznego – powiedziała, zanim odwróciła się w stronę lasu.
Wracała do domu, a błoto chlupotało radośnie pod butami.

Śnieg

– Sebastien, Sebastien! – dziecięcy głos niósł się przez całe slumsy Rio de Janeiro. Siedmioletnia dziewczynka stała w jednej z ciasnych uliczek i – przyłożywszy dłonie do ust – krzyczała, ile sił w płucach.
W niedzielne, parne popołudnie, życie w mieście zamierało i nawet mieszkańcy dzielnicy biedoty chowali się w cieniu zrujnowanych kamienic i chatek niedbale skleconych z falistej blachy. Tylko dzieci nic nie robiły sobie z upału, więc gdy słońce stawało wysoko na niebie, slumsy należały do nich.
– Sebastien! – wołała dziewczynka, wpatrując się w jedno z okien na wpół zawalonego budynku. – Wyjdźże wreszcie!
Gdzieś z cienia, rzucanego przez wielką stertę gruzu i śmieci, dobiegł ją pełen irytacji, chrapliwy głos. Odjęła na chwilę dłonie od ust i, przestraszona, zerknęła na żebraka, który złorzeczył jej pod nosem. Jednak kiedy nawoływanie ustało, przewrócił się na drugi bok i ponownie zapadł w pijacki sen. Dziewczynka, uspokojona, ponownie spojrzała na okno i wrzasnęła.
– Sebaaaaaastien!
Uśmiechnęła się z pełną złośliwości satysfakcją, słysząc zza pleców kolejną wiązkę przekleństw. Wiedziała, że stary Concho jest zbyt pijany, by podnieść się z legowiska i spróbować ją złapać.
– Idę, idę, nie musisz tak krzyczeć, chica – odpowiedział ktoś ukryty w cieniu bramy.
Sebastien wyszedł na zewnątrz i natychmiast zmrużył oczy, oślepiony przez słońce. Uniósł ramię nad głowę i po omacku zbliżył się do dziewczynki.
– Nie musiałabym tyle krzyczeć, gdybyś wyszedł wcześniej – wydęła policzki, co nadało chudej twarzy komiczny wygląd.
Wzruszył ramionami.
– Fernando i inni juz czekają – powiedziała i pociągnęła go uliczkami slumsów.
Sebastien nie opierał się zbytnio – Fernando był przywódcą grupy i należał się mu szacunek. Rezolutny dziewięciolatek nie był silniejszy od innych, przerośnięty Pablo bez trudu pobiłby go w walce, jednak tylko on potrafił się wkupić w łaski starszych, kilkunastoletnich chłopców, którzy – opłacani niedopalonymi papierosami, kolorowymi kapslami i, od czasu do czasu, odrobiną wina, które matka Sebastiena robiła z na wpół zgniłych owoców – zostawiali w spokoju „bandę Fernanda”, jak nazywano dzieci trzymające z przedsiębiorczym malcem.
Oprócz Pabla w grupie był jeszcze Antonio – jedyny w slumsach chłopak o włosach barwy słomy i Mercedes, której nikt nie nazywał po imieniu. Bo kto by się przejmował jakąś głupią dziewczyną? Właśnie tak na nią wołali, chica – dziewczyna, i tolerowali w bandzie tylko dlatego, że bywała użyteczna. Kiedy nikomu nie chciało się czegoś zrobić, wysyłali chicę – a ona, chcąc zapracować na akceptację grupy, bez słowa protestu wykonywała każdy rozkaz.
Gdy biegli wąskimi uliczkami, Sebastien uśmiechnął się do niej. Może i była głupią dziewczyną, ale bardzo ją lubił i widział, jak stara się, by nie odstawać od reszty. Nigdy też nie płakała, co w oczach chłopca urastało do nie lada zalety – wielokrotnie budził się w nocy, słysząc płacz młodszej siostry. Matka, wiecznie pijana, nie zajmowała się dziećmi i malutka Pola wydzierała się nierzadko i pół nocy, jeśli Sebastienowi nie chciało się do niej wstać.
Zwolnił, widząc, że dziewczynka nie nadąża.
– Odpocznijmy trochę – powiedział. – Fernando i tak nie ruszy się nigdzie w ten upał.
Mercedes uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Odruchowo wsunęła za ucho czarne kosmyki, które wysunęły się z warkocza. Zamiast wstążki, na końcu zamotała kawałek brudnego gałganka. Zeszli po kamiennych, rozpadających się schodkach. Sebastien zerknął na dziewczynkę, przypominając sobie, jakiej scenie świadkowało mijane właśnie miejsce, jednak ona zachowywała kamienną twarz, a śniada skóra kryła rumieniec – jeśli się pojawił.
Chłopiec przypomniał sobie opowieści, powtarzane, gdy Mercedes nie było w pobliżu. Podobno jej tata był bardzo bogaty i miał wielki dom, choć niektórzy uważali, że to tylko bajki. Niewątpliwie, jakiś czas temu do slumsów przyjechał dobrze ubrany mężczyzna i wypytywał o matkę Mercedes. W kłębowisku szmat i kartonów znalazł jedynie zielonooką dziewczynkę, która patrzyła na niego z mieszaniną strachu i ciekawości – w slumsach każde dziecko marzyło o dniu, w którym przyjdzie ktoś, kto otworzy przejście do lepszego, piękniejszego świata – gdzieś, poza dzielnicą biedoty. Sebastien nie dziwił się więc małej, która posłusznie poszła za mężczyzną. Bogaty pan prowadził ją zrujnowanymi uliczkami, odprowadzany przez liczne spojrzenia mieszkańców, którzy zastanawiali się, czy Bonita posunęła się do tego, by sprzedać własną córkę.
Słyszał plotki, że nie zawsze przybycie bogacza było przepustką do lepszego świata, lecz nie potrafił dać wiary starym, zrzędliwym kobietom – czasem myślał, że po prostu zazdroszczą tym, którym udało się wyrwać. Spojrzał jeszcze raz na Mercedes i poczuł, że naprawdę jej współczuje.
Ludzie mówili, że niedaleko schodów stał srebrny samochód, którego pilnował rosły murzyn – a matka Mercedes dopadła ich tuż przed drzwiami. Podobno zaczęła histerycznie krzyczeć i wygrażać mężczyźnie, zarzucając, że zabrał jej już wszystko – ale córki nie zdoła odebrać. Mężczyzna próbował chronić dziewczynkę przed brudnymi rękoma matki, lecz Bonita dopadła dziecka i oplotła ramionami. Ludzie mówili, że wyglądała niczym jeden z demonów, które nocą wychodziły na łowy. Bogaty pan nie zdołał odebrać Mercedes kobiecie, wsiadł więc do samochodu i odjechał. Złośliwi szeptali, że poczuł obrzydzenie, gdy zobaczył, w jakiego potwora zmieniła się jego dawna kochanka – Sebastien nie mógł się nie zgodzić z podobnymi plotkami, gdyż Bonita znacznie zbrzydła w przeciągu ostatnich lat. Zresztą najważniejsze było, że mężczyzna nie przyjechał już więcej. Mercedes została w slumsach.
„O kilka kroków od lepszego świata” – pomyślał. – „Ciekawe, jak musiała się czuć…”. Nigdy jednak nie odważył się zapytać – pewnych ran nie należało rozdrapywać. Poza tym – była w końcu tylko głupią dziewczyną, kto by się przejmował, co czuje jakaś chica?
Przyspieszył, Mercedes również – Fernando czekał niedaleko i warto było przekonać go, że całą drogę biegli.
Na miejsce zbiórki dotarli zdyszani, lecz pozostali nawet nie zwrócili na nich uwagi. Siedzieli w cieniu zrujnowanej kamienicy, pochylając się nad tajemniczym przedmiotem, który leżał na dłoni Fernanda. Sebastien i Mercedes podeszli bliżej. Pablo i Antonio rozsunęli się trochę i oczom dzieci ukazała się niewielka szklana kula, a w niej mały domek. Wokół wirowały drobinki czegoś białego – papieru? Stali, oboje zafascynowani magią czystej bieli, unoszącej się wokół domku.
– Co to jest? – wyszeptał Sebastien, nie mogąc oderwać oczu od kuli.
– Śnieg – odparł Fernando tonem, który mówił „przecież to oczywiste”. – Ojciec Fierro mi powiedział, że śnieg to jest taki bardzo zimny deszcz, który pada w dalekich krajach. Nie robi kałuż, tylko się zbiera i jest bardzo puszysty. I biały jak skrzydła aniołów.
Dzieci westchnęły zachwycone.
– Chciałbym dotknąć śniegu – wyszeptał Sebastien, który wciąż wpatrywał się w płatki, wirujące wewnątrz szklanej kuli. Wydawało się, że nie dostrzega pozostałych dzieci.
Fernando spojrzał na drugiego chłopca, gotów go wykpić, lecz nie potrafił otworzyć ust. Przecież wszyscy chcieli zobaczyć śnieg, dotknąć go… Położył ostrożnie kulę na wielkim kamieniu – tak, by każdy, kto chciał się przyglądać, widział ją wyraźnie. Potem odsunął się odrobinę, robiąc miejsce innym. Pozostali pochylili się nad przedmiotem.
Wkrótce, Pablo i Antonio, znudzeni oglądaniem, przysiedli się do Fernanda, a niedługo później dołączyła do nich i Mercedes. Jedynie Sebastien wciąż wpatrywał się w kulę, jakby „ten dziwny śnieg” zaczarował go wirowaniem płatków.

*

Były takie dni, kiedy Antonio marzył, żeby stać się głuchym. Wtedy nie mógłby słyszeć pełnego wyrzutu tonu matki, która beształa go z byle powodu. Chłopiec łykał wtedy łzy, marząc o chwili, w której będzie mógł wreszcie uciec – zagrzebać się w stercie brudnych szmat i wypłakać cały żal. Starał się być dobrym synem, pomagał, jak tylko mógł, przynosił do domu znalezione w śmietnikach przedmioty, które mogły mieć jakąkolwiek wartość. Kiedyś nawet znalazł w kontenerze błękitną chustkę – miała kilka plam i rozdarcie na rogu, ale kolor wciąż był intensywny. Antonio czuł się szczęśliwy, gdy niósł ją do „domu” – mógł wymienić chustkę na coś do jedzenia, może na zepsutą zabawkę, jednak wolał podarować ją matce. Wspomnienia lubiły wracać w chwilach, gdy wrzeszczała, wyzywając go od nierobów i leni, kiedy wylewała żółć gromadzącą się w sercu. Bolało wtedy strasznie, tak strasznie jak rozbite kolano. A może nawet bardziej.
Antonio marzył więc, by być głuchym. „Wystarczyłoby, żebym zamknął oczy i już mógłbym udawać, że jej tam wcale nie ma, że jej twarz nie jest wykrzywiona złością” – myślał. Czasem takie myśli przynosiły ulgę. Czasem.
– Antonio! Antonio! – znów krzyczała, szmaty, którymi był przykryty, nie mogły wytłumić głosu.
Nawet nie drgnął. Niech krzyczy, może w końcu ochrypnie. Albo się znudzi.
– Tonio! – niemalże poderwał się, zdziwiony. Matka nigdy nie używała zdrobnień – pieszczotliwe słowa były przecież dla dobrych synów. – Tonio! – w głosie zaczynała pobrzmiewać desperacja i chłopiec wreszcie uświadomił sobie, że woła go Mercedes. Natychmiast wygrzebał się spod szmat, ocierając ostatnie łzy i wybiegł na zewnątrz.
Twarz dziewczynki wykrzywiona była strachem.
– Sebastien – powiedziała. – Nagle upadł i chyba coś mu się stało.
Antonio zadrżał. Słowo „coś” nigdy nie było dobrą wróżbą, a Mercedes podkreśliła je bardzo wyraźnie…
– Fernando zbieraj wszystkich, musimy coś wymyślić.
Chłopiec kiwnął głową. Pobiegli.

*

Doktor Felix Renard był idealistą – dlatego od czasu do czasu zjawiał się w slumsach, by pomóc najbardziej potrzebującym. Zazwyczaj nastawiał złamane kończyny lub podawał morfinę umierającym na nierozpoznane choroby. Raz zdarzyło mu się nawet amputować nogę zaatakowaną gangreną. Tym razem przyszedł specjalnie dla ośmioletniego chłopca – znał dziadka Sebastiena i czuł się zobowiązany do doglądania jego wnuka. Nie mógł wiele pomóc, sam nie miał zbyt dużo pieniędzy, lecz w miarę możliwości starał się opiekować dzieckiem. Tym razem czuł, że jego starania niewiele dadzą.
Matka Sebastiena patrzyła na lekarza pytającym wzrokiem, gładząc po włosach nieprzytomnego syna.
– Przykro mi… – zaczął, przerywając niezręczną ciszę. – Bez leczenia w szpitalu…
Nie musiał mówić więcej. Po twarzy kobiety popłynęły łzy – miała zaoszczędzone jakieś pieniądze, może nawet starczyłyby na najtańsze lekarstwo, ale na szpital…? W całej dzielnicy biedoty nie znalazłoby się tyle. Felix Renard szczerze współczuł obojgu. Bez specjalistycznego sprzętu nie potrafił rozpoznać choroby, ale podejrzewał raka – Sebastien najprawdopodobniej umierał, a jego matki nie było stać na leczenie.
– Poszukam, może w jakiejś darmowej lecznicy znajdzie się miejsce… – szepnął. W Rio było kilka przytułków i szpitali, prowadzonych przez siostry zakonne. Może któryś z nich zajmie się chłopcem? – Jak tylko coś znajdę, dam znać.
Zamknął torbę i spojrzał jeszcze raz na matkę Sebastiena. Nie potrafił znaleźć odpowiednich słów, wszystko wydawało mu się puste i banalne. Bo co można powiedzieć komuś, kto dowiedział się o wyroku wydanym na własne dziecko? Kobieta spuściła głowę – jak gdyby chciała ukryć spływające po policzkach łzy.
– Dziękuję, że pan przyszedł – wyszeptała, a Felix zaczął się zastanawiać, czy naprawdę była mu wdzięczna. Przecież jedynym, co zrobił, było odebranie jej nadziei.
– Jeśli się obudzi, proszę zatrzymać go w domu. Nie powinien się teraz męczyć – powiedział, odwracając się w kierunku kotary, zrobionej z pozszywanych ze sobą szmat. Drzwi nie było już od dawna.
Nie zauważył, że kotara drgnęła lekko i nie usłyszał kroków chłopca, który zbiegał zrujnowanymi schodami, by zniknąć wśród uliczek slumsów.
– Powiedział, że Sebastien musi iść do szpitala – Pablo spojrzał na pozostałych. Wszyscy wiedzieli, co oznaczały słowa doktora: Sebastien umrze.
– Musimy coś zrobić! – Mercedes przerwała grobową ciszę. Jej głos brzmiał płaczliwie, a oczy błyszczały od gromadzących się łez.
– A co my możemy? – zakpił Antonio. Sam czuł, że ma ochotę się rozpłakać, lecz czuł, że w ten sposób nie osiągną niczego – jak gdyby w ogóle mogli coś zdziałać.
Fernando wstał i powiódł wzrokiem, zatrzymując się na każdej twarzy. Dzieci wytrzymywały jego spojrzenie, nie odwracały głowy. Ciszę zapadającego wieczoru zakłócały jedynie owady.
– Możemy pójść do Sirambwe – powiedział.
Nikt się nie odezwał. Słyszeli dość historii o starej murzynce, mieszkającej w opuszczonej części slumsów, by zacząć się bać. Podobno była czarownicą i potrafiła zabić, mając jedynie paznokcie lub włosy ofiary, nocami zmieniała się w nietoperza, a raz na rok porywała małe dziecko, by zjeść jego mięso. Rzadko pomagała innym, a ludzi, którzy przychodzili prosić o pieniądze, zwyczajnie wyśmiewała. W slumsach mówiono, że nigdy nie pomoże zdobyć tego, za co można było zapłacić pieniędzmi.
– Ale ona nie uzdrowi Sebastiena, nie potrafi – odezwał się wreszcie Antonio. „Nie potrafi albo nie chce” – pomyślał rozgoryczony.
Fernando kiwnął głową, lecz milczał. Mercedes patrzyła na niego i nagle zrozumiała.
– Za to może pokazać mu prawdziwy śnieg.
Chłopiec obdarzył ją uśmiechem.
– Brawo, chica – powiedział tylko, lecz w jego ustach brzmiało to jak największa pochwała.
Normalnie, w takiej chwili ktoś stwierdziłby, że to głupi pomysł, ktoś wyśmiałby dziewczynkę lub zadrwił okrutnie. Jednak myśl o starej czarownicy dawała im poczucie, że mogą spróbować zrobić coś dla Sebastiena. Fernando wskazał na schowek, w którym trzymali swoje największe skarby – zbyt dobre, by oddawać je starszym w zamian za nietykalność.
– Weźcie wszystko – powiedział. Ukłucie w sercu powiedziało mu, że kilka błyskotek, pół butelki whiskey i ćwierć cygara może nie starczyć na kupienie pomocy Sirambwe. Musieli jednak spróbować.
Chłopcy opróżnili skrytkę, wrzucając wszystko do podartej, plastikowej reklamówki. Chwilę później byli już gotowi i cała czwórka zniknęła w ciemności slumsów.

*

Mercedes drgnęła, gdy po raz kolejny wydało się jej, że słyszy kroki za plecami. Pozostali również wyglądali na przestraszonych, jednak szli do przodu i dziewczynka, nie chcąc zostać sama, musiała dotrzymywać im kroku. Fernando prowadził i, choć dzieci nigdy nie były w tej części slumsów, zdawał się doskonale wiedzieć, dokąd idzie. Potykali się w ciemnościach i wpadali na siebie, a światło w oknach niewielkiej chatki zobaczyli dopiero, gdy znaleźli się tuż przed nią.
Stanęli niezdecydowani. Nikt nie wiedział, czy Sirambwe jest w domu i czy spodoba się jej wizyta gości o tej porze – przecież noc była czasem czarów i demonów…
– Co tak stoicie na zewnątrz? – dobiegł ich skrzekliwy, nieprzyjemny głos. – Wejdźcie do środka.
Prawie podskoczyli, gdy się odezwała. Skąd wiedziała, że przyszli? Fernando przełknął ślinę – teraz nie było już odwrotu. Podszedł do kotary i zawahał się jeszcze przez moment, zanim wszedł do środka. Pozostałe dzieci poszły za jego przykładem.
Wnętrze chaty oświetlone było licznymi świecami. Uwagę przykuwały ściany, przykryte makatkami ze słomy, i stare półki wypełnione dziwnymi przedmiotami. Później oczy przesuwały się dalej – w stronę plastikowego stołu o trzech nogach i niewielkiego paleniska, nad którym wisiał najprawdziwszy metalowy kociołek. Dopiero na samym końcu wzrok zatrzymywał się na starym, podartym fotelu i osobie, która w nim siedziała.
Sirambwe była bardzo starą kobietą, o twarzy pomarszczonej bardziej, niż skórka znalezionego na śmietniku jabłka, o bezzębnych ustach, otoczonych wąskimi wargami. Długie paznokcie przypominały szpony, a czarne, błyszczące oczy, patrzyły przenikliwie, oceniając gości.
– Nie spodziewałam się dzieci – mruknęła, na wpół do nich, na wpół do siebie.
Fernando przełknął ślinę i zrobił krok do przodu.
– My przyszliśmy, bo… – zająknął się – Bo Sebastien jest bardzo chory i chcieliśmy…
Czarownica błyskawicznym ruchem poderwała się z fotela. Dzieci zamarły.
– Chcieliście, żebym go uzdrowiła, tak? – krzyknęła. – Nie słyszeliście plotek? – uśmiechnęła się złośliwie – Nie słyszeliście, co robię ludziom, którzy przychodzą prosić o uzdrowienie?
Stali sparaliżowani strachem, niezdolni wypowiedzieć nawet słowa.
– Wcale nie! – wypaliła nagle Mercedes.
– Nieee? – czarownica podeszła bliżej i pochyliła się. Jej twarz znalazła się na wysokości oczu dziewczynki. – Czego w takim razie chcieliście? – w jej głosie było coś złowróżbnego, jednak Mercedes wiedziała, że nie może się wycofać. „To dla Sebastiena” – pomyślała.
– Chcieliśmy prosić o wyczarowanie śniegu – powiedziała drżącym głosem.
Twarz Sirambwe zmieniła się, jakby odrobinę złagodniała.
– Śnieg? – roześmiała się, zdumiona niedorzecznością prośby.
– Sebastien chciał go zobaczyć – wyszeptał Pablo.
Murzynka kiwnęła głową.
– Macie czym zapłacić?
Chłopcy wskazali reklamówkę. Sirambwe przejrzała zawartość – błyskotki nie zwróciły jej uwagi, za to obejrzała cygaro i odkręciła butelkę by powąchać zawartość. Dzieci cierpliwie czekały na jej decyzję.
– Wezmę jeszcze po jednym dniu z życia każdego z was – powiedziała. Jej spojrzenie zatrzymało się na Mercedes – I twoje włosy, pyskulo.
Dziewczynka drgnęła, dotykając warkocza. Był jej największą dumą… Przypomniała sobie, jak Sebastien bronił jej, gdy drwiny i zaczepki innych stawały się nie do zniesienia i wszelkie wątpliwości rozwiały się natychmiast. „Włosy odrosną” – pomyślała. Podeszła do stołu i sięgnęła po nóż. Chwilę później podała czarownicy odcięty warkocz.
– Jutro wieczorem będziecie mieli śnieg – powiedziała Sirambwe, dając im do zrozumienia, że mają odejść.
Wyszli z chaty z poczuciem ulgi. Nie mieli dość odwagi, by upewnić się, że starucha dotrzyma obietnicy.

*

Pierwszym, co Sebastien zobaczył po przebudzeniu, była twarz matki. Pochylała się nad nim, patrząc z ulgą.
– Co się stało? – spytał. Czuł się dziwnie słaby, jak wtedy, gdy przez tydzień prawie nic nie jadł.
– Upadłeś. I spałeś przez dwa dni.
Spróbował podnieść się z posłania. Koc zsunął się niżej i chłopiec poczuł, że jest strasznie zimno. Zadrżał, spoglądając na okno. Na tle nocnego nieba, rozświetlanego blaskiem odległych latarni, widział białe, wirujące płatki. Nie podbiegł do framugi. Bardzo powoli wstał i ruszył w kierunku drzwi. Matka chciała go zatrzymać, ale gdy zobaczyła wyraz twarzy syna i oczy błyszczące radością spełnionego marzenia, pozwoliła mu iść dalej. Sebastien bardzo długo schodził po schodach, przytrzymując się metalowej poręczy. Nie dbał o narastający w piersi ból, o zimno, o drzazgę, która wbiła się w stopę – musiał wyjść na zewnątrz, bo na zewnątrz był…
Cienka warstwa białego puchu pokrywała całą ulicę – a z nieba wciąż spadały kolejne płatki. Sebastien patrzył w górę, zafascynowany tańcem białych drobinek – niektóre z nich opadały na jego twarz. Opuścił głowę i zobaczył swoich przyjaciół – stali niedaleko, owinięci szmatami i uśmiechali się do niego.
– Sebaaaastieeeen! – krzyknęła Mercedes. – To dla ciebie!
Uśmiechnął się, chociaż ból stawał się nie do zniesienia. Pochylił się i wziął do ręki trochę śniegu – był mokry i zimny w dotyku. I taki biały, puszysty. Cudowny. Radość wypchnęła ból i Sebastien nie poczuł nawet, że znów upadł. Pablo zaniósł nieprzytomnego chłopca na górę. Stali wszyscy czworo, wpatrując się w przyjaciela, na którego twarzy wciąż błąkał się uśmiech.
Śnieg padał przez całą noc. Nad ranem wschodzące słońce stopiło biały puch. Nad ranem Sebastien umarł.

23-24 grudnia 2004

Previous Older Entries Next Newer Entries