Chlupotka

Morgasi

Powiedzieć, że mężczyzna był żabiooki to za mało, o wiele za mało. Równie dobrze paszczę smoka można by nazywać „słodkim pyszczusiem”, bowiem siedzący w chacie sołtysa osobnik wyglądał dokładnie jak żaba. Mięsiste wargi dzieliły na pół niekształtną głowę, z której – niczym wisienki z tortu – wystawały wodniste oczka. Połączone błoną palce niecierpliwie bębniły o stół podczas gdy żabszczyzna spoglądał na gospodarza.
– I tak się wam upiekło, panie Królewicz – rzekł chłop. – Wiedźma widać nie najlepiej radzi sobie z klątwami, inaczej byście na stole, a nie przy stole siedzieli.
– Dzięki temu wasze przyrodzenie też jest bezpieczne, choć zastanawiam się, czy da się bardziej zmniejszyć – odgryzł się żabol.
Sołtys prychnął tylko i machnął ręką, że niby nie złośliwości mu w głowie – dobry sposób, gdy nie jest się dość bystrym na błyskotliwą ripostę. Taki to już jest niesprawiedliwy los, że jednym daje mózg, co prawda w żabiej oprawie, a innym ledwie sołtysią czapkę. Choć akurat za płazi wygląd Alberta Królewicza nie odpowiadał akurat los, a kto inny.
– Poswarzyć możemy się później – stwierdził sołtys. – Ważniejsze, że obu nam nie w smak wiedźmowanie. Moglibyśmy tedy połączyć siły i pozbyć się problemu. Wy mi, panie Królewicz, przyniesiecie coś z wiedźmiej chaty, a ja wam zdradzę, jak wiedźmi urok odczynić.
Żabczyk prychnął.
– O pocałunku krasnej dziewki to wiem, więc lepiej, abyście inny sposób mieli – burknął, z trudem kryjąc rozgoryczenie. Nie raz i nie dwa próbował znaleźć chętną pannę, ale żadna nie chciała całować kogoś o wyglądzie przerośniętej ropuchy. Nie godziły się ani z litości, ani za pieniądze, których zresztą Albert nie miał zbyt wiele. Nawet Chętka, o której mówiono, że za byle grosz fiknie na siano, odęła tylko wargi i mruknęła coś o zarażaniu się brodawkami.
Sołtys przyjrzał się mu uważnie, jakby potrafił odczytać myśli Królewicza.
– A gdyby tak dziewka się znalazła? Chętna i wyrozumiała? – zagaił. – Taka, co wiecie, chętniej w serce będzie patrzyć niźli w te wasze ślepia.
Żabak pochylił się nad stołem, oczy z nieprzyjemnym pluskiem zawirowały i skupiły się na chłopie – przypominało to nieco atak zeza.
– Mówcie więc…

*

Chlupotka, wiedźma wiosennych roztopów, była niezadowolona. Minął tydzień od przesilenia, a nieba wciąż sypało się białe obrzydlistwo zamiast przyzwoitego deszczu. Paskudztwo topniało co prawda szybko, ale powstałe w ten sposób błoto było o wiele gorszej jakości. Chlupotka klęła pod nosem wyobrażając sobie, że podobna tandeta w ogóle nie będzie trzymała się butów i odpadnie najdalej po upływie miesiąca.
Powiał wiatr, plącząc wokół nóg falbany poszarpanych spódnic i jeszcze bardziej psując wiedźmi humor.
– Przydałbyś się na coś – mruknęła niezadowolona. – Chmury przegonił albo co.
Wietrzysko zawyło w uszach, pchnęło w oczy płatki śniegu – zbyt gęstego, by można go uznać za nieistotny. Chlupotka zatupała gniewnie w błocie, złorzecząc całemu światu, a potem zrezygnowana podreptała do chaty w lesie – wśród drzew przynajmniej tak nie wiało. Wyliczała w myślach listę rzeczy, które pozostały do zrobienia, a każdy z punktów odhaczała gniewnym uderzeniem obcasa. Błoto pośniegowe przyjemnie chlupotało, wtórując bulgoczącej w wiedźmie złości: kto by pomyślał, że chatce na kurzej nóżce zamarzą się wiosenne spacery – w dodatku przez bagniska i podmokłe łąki! Teraz trzeba będzie zeskrobać szlam, błoto, a potem pozbyć się zapachu krowiego łajna. I to wszystko metodami tradycyjnymi, bo miotła Chlupotki obraziła się ciężko już ostatnim razem, gdy przyszło jej wykonywać niewdzięczne, domowe obowiązki. Wiedźma dobrze pamiętała, że dopiero zbieranie wierzbowych witek na nowy środek transportu sprawiło, że niewdzięczna zamiatajka przestała się boczyć w kącie. Złość bulgotnęła jakby bardziej, niebezpiecznie zbliżając się do głowy – a gdy Chlupotka była wściekła, sypała klątwami na lewo i prawo. Potem całymi dniami musiała wysłuchiwać pretensji pokrzywdzonych wieśniaków, co oczywiście znów psuło jej humor. Gdyby nie to, że wiedźma nie zniżyłaby się do czynności gospodarskich (poza, rzecz jasna, zupełnie niezbędnymi, jak suszenie ziół, mieszanie w kociołku, no i w ostateczności sprzątanie), to przegnałaby chłopów za siedem gór – ale ktoś musiał jej dostarczać produktów żywnościowych, które na drzewach nie rosły. Zresztą nawet gdyby rosły, zawsze potrzebni byli ludzie, żeby je zebrać, prawda? Chlupotka fuknęła, wciąż jeszcze niezadowolona, ale wyraźnie pocieszona wizją, w której ona, pani na leśnych włościach, przyjmuje dary od swoich poddanych. A że oczekiwali w zamian napoju miłosnego albo uroku? Przecież to właśnie wiedźmy robią, więc krzywda się jej nie działa. Może życie wcale nie było takie złe – żeby jeszcze tylko śnieg przestał padać…

*

Gdyby mógł, Albert Królewicz zgrzytałby zębami. Miał wrażenie, że sołtys zwyczajnie wysługuje się nim, a przy okazji bawi się setnie.
– „Musisz stać się niewidoczny” – mamrotał pod nosem żabuch, umiejętnie imitując głos chłopa. – „Stopić się z otoczeniem, żeby bystre oczy wiedźmy cię nie wypatrzyły”.
Tak właśnie mówił, drań jeden. I przekonywał, że Albert, Albert Królewicz!, musi utaplać się w błocie, a potem wytarzać w igłach sosnowych i zbutwiałych liściach. „Już ja mu dam kamuflaż” – myślał żabik, przeżuwając robaka i kawałki kory, które przylepiły się do języka. Czekając na okazję uprzyjemniał sobie czas rozmyślaniem o zemście na butnym chłopie. Zresztą, wiedźmie też się dostanie, a co! Popamiętają go, a jakże – bo z Królewiczem się nie zadziera.
Wokół chatki na kurzej nóżce było cicho. Czyżby paskuda spała, zmęczona rzucaniem klątw? A może tylko czaiła się, czekając na kolejną bezbronną ofiarę, która przyjdzie poprosić grzecznie o eliksir miłosny – Albert aż sapnął na wspomnienie własnej przygody. Wprawdzie gdzieś na dnie duszy nieśmiało popiskiwało sumienie i usiłowało przekonać Królewicza, że prośba może niekoniecznie należała do uprzejmych, a rzucania klątw nie zaczęła wiedźma. Ona po prostu była bardziej skuteczna w przeklinaniu. „Nieważne” – pomyślał żabczewicz. Zwracanie uwagi na szczegóły nigdy nie należało do jego mocnych stron.
Zresztą z tego właśnie powodu o mało co nie przeoczył wiedźmy wracającej do domu.
Na widok olbrzymich butów z zakręconymi noskami, które przechlupotały niemalże po wyciągniętych wśród błota dłoniach Albert drgnął ze strachu. Zaraz potem zamarł, gdy uświadomił sobie, co zrobi paskuda, jeśli zauważy go w okolicy chatki. Królewicz dobrze pamiętał, że ostatnio niewiele brakowało, by zamiast klątwą wiedźma rzuciła olbrzymim tasakiem. Po raz pierwszy zaczął się zastanawiać, czy wygląd na pewno jest najważniejszą rzeczą w życiu i przypominać sobie, jak nauczyciele powiadali, że to nie szata zdobi człowieka. Cóż, brodawki i wyłupiaste oczka też nie zdobiły.
Trzeba zaryzykować, chwytać okazję – i dzwonek, po który wysłał go sołtys. Dzwonek… Być może to obraz dźwięczącego przedmiotu sprawił, że w głowie Alberta też zaczęło coś dzwonić. Bo po co chłopu zwykły, krowi dzwonek? Jakby krasule pasące się na łące nie miały podobnych. „Musem to jakiś arcyumagiczniony artefakt” – zdecydował Królewicz. – „Potężna relikwia, którą wiedźma podstępem wykradła”. Wiadomo, podobny przedmiot należy czarownicy odebrać, nie powinna go dotykać krzywymi paluchami i używać do obmierzłych celów (takich, jak zmienianie ludzi w żaby). Ale żeby zaraz oddawać go chłopu? Przecie zgubi albo popsuje, albo – jeszcze gorzej! – całą magię zużyje na użyźnianie pól albo sprzątanie obory. Albert aż zadrżał na myśl, że artefakt mogący zdjąć klątwę zostałby użyty w tak plebejskich celach i postanowił, że zanim dogada się z chłopem, sam wypróbuje możliwości dzwonka. Kto wie, może sołtysowa córka wcale nie będzie potrzebna…

*

Chlupotka skrzywiła się nieznacznie, gdy poczuła znajomą magię. Własną magię. Nie rozglądała się za bardzo, by nie wzbudzać podejrzeń – zresztą nie musiała. Głowę by dała… no nie, głowy to nie, była jej potrzebna, ale kociołek by już mogła, że w pobliżu czaił się ktoś, kto całkiem niedawno miał do czynienia z wiedźmią klątwą. Przebiegła w myślach listę ostatnich ofiar, ale nikt nie wydawał się jej na tyle głupi, by ryzykować ponowne spotkanie.
Powoli wspięła się po schodkach prowadzących na ganek i weszła do domu. Miała nadzieję, że głośne trzaśnięcie drzwiami wywołało dreszcz na plecach nieproszonego gościa. Pocieszającą wydała się jej myśl, że jeśli intruz nie zmądrzeje i nie wykorzysta okazji, by wynieść się jak najdalej, to już wkrótce wiedźma będzie miała na kim odreagować zły humor.
Krótkie gwizdnięcie przywołało miotłę – stała teraz przed Chlupotką, która z żalem powiesiła kapelusz na końcu kija.
– Tylko go nie upaskudź – mruknęła z niechęcią patrząc, jak miotła zmienia się nagle w kopię wiedźmy. Nawet błoto na butach układało się w identyczne wzory. – I nie leź za daleko, będę cię pewnie potrzebować.
A potem Miotłotka wymaszerowała z chatki. Wiedźma poczuła się wyjątkowo zadowolona z iluzji, gdy usłyszała, jak błoto chlupocze pod naciskiem butów. Pozwoliła, by drzwi zatrzasnęły się delikatnie – jakby same z siebie i rozejrzała się. Trzeba było się ukryć.

*

Albert patrzył podekscytowany, jak wiedźma wychodzi z chaty i znika w lesie. Zapomniał o zimnym błocie, w którym przyszło mu leżeć i o sosnowych igłach wpijających się w skórę. Teraz, teraz miał szansę! Poderwał się i w podskokach ruszył w kierunku chatki. Jakież było jego zdziwienie, gdy kurza nóżka ożyła nagle i okręciła się wokół własnej osi, uniemożliwiając wejście do środka.
– Zatrzymaj się, cholero jedna! – sapał, gdy złośliwa chatka przegoniła go po całej polance. – Bodajbyś zbutwiała. I połamała sobie pazury – wyrzekał patrząc, jak kurza nóżka podskakuje radośnie. – Stój, mówię! Leżeć, chałupo!
Umilkł nagle, gdy uświadomił sobie, że krzyki mogą zwabić wiedźmę z powrotem. Może wcale nie odeszła daleko?
– Zatrzymaj się. Proszę… – wyszeptał płaczliwie, rozglądając się na boki.
Chatka zamarła nagle, tuż przed nim. W pierwszym odruchu chciał powiedzieć „dziękuję”, ale opamiętał się szybko i wbiegł po schodkach, by tuż przy drzwiach zwolnić nagle i zatrzymać wpół gestu dłoń, która już sięgała ku klamce.
– Głupie przesądy – mruknął, próbując dodać sobie odwagi, jednak zielone, połączone błoną palce przeczyły słowom, nie chcąc się poruszyć.
I byłby tak stał do wieczora, gdyby nie przypomniał sobie o wiedźmie. Mogła przecież wrócić w każdej chwili – a lepiej, żeby wtedy Alberta już w chatce nie było. Nie zastanawiając się dłużej Królewicz pchnął drzwi i wszedł do środka, już od progu czując zapach nieznanych ziół. W zalegającym w środku półmroku wszystko wyglądało dziwnie złowieszczo – jakby każdy mebel i przedmiot miał za chwilę zmienić się w potwora. Kociołek przypominał pękatego kobolda, rośliny suszące się pod powałą wyglądały niemalże jak nietoperze, a dzwonek na kominku… Zaraz, dzwonek? Królewicz rzucił się ku niemu, potykając się po drodze o niewielki zydel. Gdy tylko żabie paluchy zacisnęły się na przedmiocie, Albert skakał już w kierunku drzwi i dalej, po schodkach w dół. Uciekając przez las żabuch nie mógł słyszeć śmiechu wiedźmy, która ukrywała się w cieniu kredensu.

*

A więc dzwonek… To nie mógł być pomysł przybłędy, Chlupotka wiedziała, że butny panicz, który kilka dni wcześniej zawitał do chatki, nie miał pojęcia ani o wiedźmach, ani o ich magii. Poza tym był zbyt przestraszony, by z własnej woli ryzykować potajemny powrót. I zbyt pyszny, by wrócić na kolanach przepraszając i błagając o zdjęcie klątwy. Chlupotka uśmiechnęła się krzywo.
– No to znalazłeś sobie ofiarę – powiedziała, a potem gwizdnęła na miotłę. Mogła się domyślić, że sołtys w końcu spróbuje jakiejś sztuczki. Tchórzliwy chłop nie ryzykowałby sam, ale przecież mógł wyręczyć się kimś, kto również miał zatarg z wiedźmą.
Miotła wróciła akurat wtedy, gdy Chlupotka wychodziła przed chatkę. Kapelusz ponownie spoczął na czarnych włosach, a zamiatajka wróciła na swoje miejsce – do kąta przy wiadrze. Wiedźma usiadła i łuskając nasiona słonecznika, który pozostał jej jeszcze z ostatniego lata, obserwowała gromadzące się chmury. Spodziewała się, że Albert nie wytrzyma i skorzysta z mocy dzwonka. Nie mógł wiedzieć, że sołtysowi nie chodziło o użycie przedmiotu – wręcz przeciwnie, zmyślny chłop zamierzał pewnie pozbyć się go raz na zawsze, albo chociaż ukryć w bezpiecznym miejscu.
– Trzeba było przyjść osobiście – zachichotała uratowana wiedźma, gdy pierwsze kuleczki gradu zaczęły chłostać polankę. A tam, gdzie stał Królewicz, musiało padać jeszcze mocniej.
Chlupotka wyciągnęła nogi na schodkach, kolejny raz ciesząc się z zadaszenia nad gankiem. Właściwie mogłaby zająć się czym innym, bo gradobicie nie ustanie przed wieczorem, ale chciała nasycić oczy widokiem. Chociaż właściwie… Poprawiła kapelusz na głowie i wyszła na polankę. Białe kuleczki uderzały o sztywny materiał ronda, ale poza tym nie czyniły wiedźmie krzywdy.
Drogę przez las Chlupotka umilała sobie zastanawiając się, jaki kolor mogą przybrać siniaki na żabiej skórze. Miała wrażenie, że dzień kończy się o wiele lepiej, niż się zaczął. W końcu grad to nie obrzydliwie puszysty i mokry śnieg, a wiatr może, rozwiewając magicznie przywołane chmury, przegoni również te zwyczajne. No i zemsta. Królewicz ma nauczkę, ale będzie przecież trzeba utrzeć nosa sołtysowi… Dla bezczelnego chłopa zaplanuje coś specjalnego – żeby na długo zapamiętał, komu nie należy wchodzić w drogę.
Na skraju lasu, tam gdzie drzewa ustępowały łące, leżał nieprzytomny żabert. Wiedźma pochyliła się i wyjęła dzwonek z zaciśniętej dłoni.
– Oj, oj, oj – powiedziała, cmokając z dezaprobatą. – Ja ci na rękę idę, w prawdziwą żabę nie zmieniam, a ty mnie okradasz? – Nie przeszkadzało jej, że Królewicz jest nieprzytomny. Tak było nawet lepiej, przynajmniej się nie ciskał, ani nie błagał o litość.
Wiedźma wymruczała kilka zaklęć i ciało biednego Alberta zaczęło się kurczyć. Już po chwili w błocie leżało coś, co przypominało rozjechaną przez powóz żabę. Chlupotka z trudem oparła się pokusie, by nadepnąć gada – szkoda byłoby znów czyścić buty, a przecież los złodzieja był już policzony. Wiedźma dobrze pamiętała, że bociany uwielbiały podmokłe łąki wokół wioski.
– Smacznego – powiedziała, zanim odwróciła się w stronę lasu.
Wracała do domu, a błoto chlupotało radośnie pod butami.

Śnieg

– Sebastien, Sebastien! – dziecięcy głos niósł się przez całe slumsy Rio de Janeiro. Siedmioletnia dziewczynka stała w jednej z ciasnych uliczek i – przyłożywszy dłonie do ust – krzyczała, ile sił w płucach.
W niedzielne, parne popołudnie, życie w mieście zamierało i nawet mieszkańcy dzielnicy biedoty chowali się w cieniu zrujnowanych kamienic i chatek niedbale skleconych z falistej blachy. Tylko dzieci nic nie robiły sobie z upału, więc gdy słońce stawało wysoko na niebie, slumsy należały do nich.
– Sebastien! – wołała dziewczynka, wpatrując się w jedno z okien na wpół zawalonego budynku. – Wyjdźże wreszcie!
Gdzieś z cienia, rzucanego przez wielką stertę gruzu i śmieci, dobiegł ją pełen irytacji, chrapliwy głos. Odjęła na chwilę dłonie od ust i, przestraszona, zerknęła na żebraka, który złorzeczył jej pod nosem. Jednak kiedy nawoływanie ustało, przewrócił się na drugi bok i ponownie zapadł w pijacki sen. Dziewczynka, uspokojona, ponownie spojrzała na okno i wrzasnęła.
– Sebaaaaaastien!
Uśmiechnęła się z pełną złośliwości satysfakcją, słysząc zza pleców kolejną wiązkę przekleństw. Wiedziała, że stary Concho jest zbyt pijany, by podnieść się z legowiska i spróbować ją złapać.
– Idę, idę, nie musisz tak krzyczeć, chica – odpowiedział ktoś ukryty w cieniu bramy.
Sebastien wyszedł na zewnątrz i natychmiast zmrużył oczy, oślepiony przez słońce. Uniósł ramię nad głowę i po omacku zbliżył się do dziewczynki.
– Nie musiałabym tyle krzyczeć, gdybyś wyszedł wcześniej – wydęła policzki, co nadało chudej twarzy komiczny wygląd.
Wzruszył ramionami.
– Fernando i inni juz czekają – powiedziała i pociągnęła go uliczkami slumsów.
Sebastien nie opierał się zbytnio – Fernando był przywódcą grupy i należał się mu szacunek. Rezolutny dziewięciolatek nie był silniejszy od innych, przerośnięty Pablo bez trudu pobiłby go w walce, jednak tylko on potrafił się wkupić w łaski starszych, kilkunastoletnich chłopców, którzy – opłacani niedopalonymi papierosami, kolorowymi kapslami i, od czasu do czasu, odrobiną wina, które matka Sebastiena robiła z na wpół zgniłych owoców – zostawiali w spokoju „bandę Fernanda”, jak nazywano dzieci trzymające z przedsiębiorczym malcem.
Oprócz Pabla w grupie był jeszcze Antonio – jedyny w slumsach chłopak o włosach barwy słomy i Mercedes, której nikt nie nazywał po imieniu. Bo kto by się przejmował jakąś głupią dziewczyną? Właśnie tak na nią wołali, chica – dziewczyna, i tolerowali w bandzie tylko dlatego, że bywała użyteczna. Kiedy nikomu nie chciało się czegoś zrobić, wysyłali chicę – a ona, chcąc zapracować na akceptację grupy, bez słowa protestu wykonywała każdy rozkaz.
Gdy biegli wąskimi uliczkami, Sebastien uśmiechnął się do niej. Może i była głupią dziewczyną, ale bardzo ją lubił i widział, jak stara się, by nie odstawać od reszty. Nigdy też nie płakała, co w oczach chłopca urastało do nie lada zalety – wielokrotnie budził się w nocy, słysząc płacz młodszej siostry. Matka, wiecznie pijana, nie zajmowała się dziećmi i malutka Pola wydzierała się nierzadko i pół nocy, jeśli Sebastienowi nie chciało się do niej wstać.
Zwolnił, widząc, że dziewczynka nie nadąża.
– Odpocznijmy trochę – powiedział. – Fernando i tak nie ruszy się nigdzie w ten upał.
Mercedes uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Odruchowo wsunęła za ucho czarne kosmyki, które wysunęły się z warkocza. Zamiast wstążki, na końcu zamotała kawałek brudnego gałganka. Zeszli po kamiennych, rozpadających się schodkach. Sebastien zerknął na dziewczynkę, przypominając sobie, jakiej scenie świadkowało mijane właśnie miejsce, jednak ona zachowywała kamienną twarz, a śniada skóra kryła rumieniec – jeśli się pojawił.
Chłopiec przypomniał sobie opowieści, powtarzane, gdy Mercedes nie było w pobliżu. Podobno jej tata był bardzo bogaty i miał wielki dom, choć niektórzy uważali, że to tylko bajki. Niewątpliwie, jakiś czas temu do slumsów przyjechał dobrze ubrany mężczyzna i wypytywał o matkę Mercedes. W kłębowisku szmat i kartonów znalazł jedynie zielonooką dziewczynkę, która patrzyła na niego z mieszaniną strachu i ciekawości – w slumsach każde dziecko marzyło o dniu, w którym przyjdzie ktoś, kto otworzy przejście do lepszego, piękniejszego świata – gdzieś, poza dzielnicą biedoty. Sebastien nie dziwił się więc małej, która posłusznie poszła za mężczyzną. Bogaty pan prowadził ją zrujnowanymi uliczkami, odprowadzany przez liczne spojrzenia mieszkańców, którzy zastanawiali się, czy Bonita posunęła się do tego, by sprzedać własną córkę.
Słyszał plotki, że nie zawsze przybycie bogacza było przepustką do lepszego świata, lecz nie potrafił dać wiary starym, zrzędliwym kobietom – czasem myślał, że po prostu zazdroszczą tym, którym udało się wyrwać. Spojrzał jeszcze raz na Mercedes i poczuł, że naprawdę jej współczuje.
Ludzie mówili, że niedaleko schodów stał srebrny samochód, którego pilnował rosły murzyn – a matka Mercedes dopadła ich tuż przed drzwiami. Podobno zaczęła histerycznie krzyczeć i wygrażać mężczyźnie, zarzucając, że zabrał jej już wszystko – ale córki nie zdoła odebrać. Mężczyzna próbował chronić dziewczynkę przed brudnymi rękoma matki, lecz Bonita dopadła dziecka i oplotła ramionami. Ludzie mówili, że wyglądała niczym jeden z demonów, które nocą wychodziły na łowy. Bogaty pan nie zdołał odebrać Mercedes kobiecie, wsiadł więc do samochodu i odjechał. Złośliwi szeptali, że poczuł obrzydzenie, gdy zobaczył, w jakiego potwora zmieniła się jego dawna kochanka – Sebastien nie mógł się nie zgodzić z podobnymi plotkami, gdyż Bonita znacznie zbrzydła w przeciągu ostatnich lat. Zresztą najważniejsze było, że mężczyzna nie przyjechał już więcej. Mercedes została w slumsach.
„O kilka kroków od lepszego świata” – pomyślał. – „Ciekawe, jak musiała się czuć…”. Nigdy jednak nie odważył się zapytać – pewnych ran nie należało rozdrapywać. Poza tym – była w końcu tylko głupią dziewczyną, kto by się przejmował, co czuje jakaś chica?
Przyspieszył, Mercedes również – Fernando czekał niedaleko i warto było przekonać go, że całą drogę biegli.
Na miejsce zbiórki dotarli zdyszani, lecz pozostali nawet nie zwrócili na nich uwagi. Siedzieli w cieniu zrujnowanej kamienicy, pochylając się nad tajemniczym przedmiotem, który leżał na dłoni Fernanda. Sebastien i Mercedes podeszli bliżej. Pablo i Antonio rozsunęli się trochę i oczom dzieci ukazała się niewielka szklana kula, a w niej mały domek. Wokół wirowały drobinki czegoś białego – papieru? Stali, oboje zafascynowani magią czystej bieli, unoszącej się wokół domku.
– Co to jest? – wyszeptał Sebastien, nie mogąc oderwać oczu od kuli.
– Śnieg – odparł Fernando tonem, który mówił „przecież to oczywiste”. – Ojciec Fierro mi powiedział, że śnieg to jest taki bardzo zimny deszcz, który pada w dalekich krajach. Nie robi kałuż, tylko się zbiera i jest bardzo puszysty. I biały jak skrzydła aniołów.
Dzieci westchnęły zachwycone.
– Chciałbym dotknąć śniegu – wyszeptał Sebastien, który wciąż wpatrywał się w płatki, wirujące wewnątrz szklanej kuli. Wydawało się, że nie dostrzega pozostałych dzieci.
Fernando spojrzał na drugiego chłopca, gotów go wykpić, lecz nie potrafił otworzyć ust. Przecież wszyscy chcieli zobaczyć śnieg, dotknąć go… Położył ostrożnie kulę na wielkim kamieniu – tak, by każdy, kto chciał się przyglądać, widział ją wyraźnie. Potem odsunął się odrobinę, robiąc miejsce innym. Pozostali pochylili się nad przedmiotem.
Wkrótce, Pablo i Antonio, znudzeni oglądaniem, przysiedli się do Fernanda, a niedługo później dołączyła do nich i Mercedes. Jedynie Sebastien wciąż wpatrywał się w kulę, jakby „ten dziwny śnieg” zaczarował go wirowaniem płatków.

*

Były takie dni, kiedy Antonio marzył, żeby stać się głuchym. Wtedy nie mógłby słyszeć pełnego wyrzutu tonu matki, która beształa go z byle powodu. Chłopiec łykał wtedy łzy, marząc o chwili, w której będzie mógł wreszcie uciec – zagrzebać się w stercie brudnych szmat i wypłakać cały żal. Starał się być dobrym synem, pomagał, jak tylko mógł, przynosił do domu znalezione w śmietnikach przedmioty, które mogły mieć jakąkolwiek wartość. Kiedyś nawet znalazł w kontenerze błękitną chustkę – miała kilka plam i rozdarcie na rogu, ale kolor wciąż był intensywny. Antonio czuł się szczęśliwy, gdy niósł ją do „domu” – mógł wymienić chustkę na coś do jedzenia, może na zepsutą zabawkę, jednak wolał podarować ją matce. Wspomnienia lubiły wracać w chwilach, gdy wrzeszczała, wyzywając go od nierobów i leni, kiedy wylewała żółć gromadzącą się w sercu. Bolało wtedy strasznie, tak strasznie jak rozbite kolano. A może nawet bardziej.
Antonio marzył więc, by być głuchym. „Wystarczyłoby, żebym zamknął oczy i już mógłbym udawać, że jej tam wcale nie ma, że jej twarz nie jest wykrzywiona złością” – myślał. Czasem takie myśli przynosiły ulgę. Czasem.
– Antonio! Antonio! – znów krzyczała, szmaty, którymi był przykryty, nie mogły wytłumić głosu.
Nawet nie drgnął. Niech krzyczy, może w końcu ochrypnie. Albo się znudzi.
– Tonio! – niemalże poderwał się, zdziwiony. Matka nigdy nie używała zdrobnień – pieszczotliwe słowa były przecież dla dobrych synów. – Tonio! – w głosie zaczynała pobrzmiewać desperacja i chłopiec wreszcie uświadomił sobie, że woła go Mercedes. Natychmiast wygrzebał się spod szmat, ocierając ostatnie łzy i wybiegł na zewnątrz.
Twarz dziewczynki wykrzywiona była strachem.
– Sebastien – powiedziała. – Nagle upadł i chyba coś mu się stało.
Antonio zadrżał. Słowo „coś” nigdy nie było dobrą wróżbą, a Mercedes podkreśliła je bardzo wyraźnie…
– Fernando zbieraj wszystkich, musimy coś wymyślić.
Chłopiec kiwnął głową. Pobiegli.

*

Doktor Felix Renard był idealistą – dlatego od czasu do czasu zjawiał się w slumsach, by pomóc najbardziej potrzebującym. Zazwyczaj nastawiał złamane kończyny lub podawał morfinę umierającym na nierozpoznane choroby. Raz zdarzyło mu się nawet amputować nogę zaatakowaną gangreną. Tym razem przyszedł specjalnie dla ośmioletniego chłopca – znał dziadka Sebastiena i czuł się zobowiązany do doglądania jego wnuka. Nie mógł wiele pomóc, sam nie miał zbyt dużo pieniędzy, lecz w miarę możliwości starał się opiekować dzieckiem. Tym razem czuł, że jego starania niewiele dadzą.
Matka Sebastiena patrzyła na lekarza pytającym wzrokiem, gładząc po włosach nieprzytomnego syna.
– Przykro mi… – zaczął, przerywając niezręczną ciszę. – Bez leczenia w szpitalu…
Nie musiał mówić więcej. Po twarzy kobiety popłynęły łzy – miała zaoszczędzone jakieś pieniądze, może nawet starczyłyby na najtańsze lekarstwo, ale na szpital…? W całej dzielnicy biedoty nie znalazłoby się tyle. Felix Renard szczerze współczuł obojgu. Bez specjalistycznego sprzętu nie potrafił rozpoznać choroby, ale podejrzewał raka – Sebastien najprawdopodobniej umierał, a jego matki nie było stać na leczenie.
– Poszukam, może w jakiejś darmowej lecznicy znajdzie się miejsce… – szepnął. W Rio było kilka przytułków i szpitali, prowadzonych przez siostry zakonne. Może któryś z nich zajmie się chłopcem? – Jak tylko coś znajdę, dam znać.
Zamknął torbę i spojrzał jeszcze raz na matkę Sebastiena. Nie potrafił znaleźć odpowiednich słów, wszystko wydawało mu się puste i banalne. Bo co można powiedzieć komuś, kto dowiedział się o wyroku wydanym na własne dziecko? Kobieta spuściła głowę – jak gdyby chciała ukryć spływające po policzkach łzy.
– Dziękuję, że pan przyszedł – wyszeptała, a Felix zaczął się zastanawiać, czy naprawdę była mu wdzięczna. Przecież jedynym, co zrobił, było odebranie jej nadziei.
– Jeśli się obudzi, proszę zatrzymać go w domu. Nie powinien się teraz męczyć – powiedział, odwracając się w kierunku kotary, zrobionej z pozszywanych ze sobą szmat. Drzwi nie było już od dawna.
Nie zauważył, że kotara drgnęła lekko i nie usłyszał kroków chłopca, który zbiegał zrujnowanymi schodami, by zniknąć wśród uliczek slumsów.
– Powiedział, że Sebastien musi iść do szpitala – Pablo spojrzał na pozostałych. Wszyscy wiedzieli, co oznaczały słowa doktora: Sebastien umrze.
– Musimy coś zrobić! – Mercedes przerwała grobową ciszę. Jej głos brzmiał płaczliwie, a oczy błyszczały od gromadzących się łez.
– A co my możemy? – zakpił Antonio. Sam czuł, że ma ochotę się rozpłakać, lecz czuł, że w ten sposób nie osiągną niczego – jak gdyby w ogóle mogli coś zdziałać.
Fernando wstał i powiódł wzrokiem, zatrzymując się na każdej twarzy. Dzieci wytrzymywały jego spojrzenie, nie odwracały głowy. Ciszę zapadającego wieczoru zakłócały jedynie owady.
– Możemy pójść do Sirambwe – powiedział.
Nikt się nie odezwał. Słyszeli dość historii o starej murzynce, mieszkającej w opuszczonej części slumsów, by zacząć się bać. Podobno była czarownicą i potrafiła zabić, mając jedynie paznokcie lub włosy ofiary, nocami zmieniała się w nietoperza, a raz na rok porywała małe dziecko, by zjeść jego mięso. Rzadko pomagała innym, a ludzi, którzy przychodzili prosić o pieniądze, zwyczajnie wyśmiewała. W slumsach mówiono, że nigdy nie pomoże zdobyć tego, za co można było zapłacić pieniędzmi.
– Ale ona nie uzdrowi Sebastiena, nie potrafi – odezwał się wreszcie Antonio. „Nie potrafi albo nie chce” – pomyślał rozgoryczony.
Fernando kiwnął głową, lecz milczał. Mercedes patrzyła na niego i nagle zrozumiała.
– Za to może pokazać mu prawdziwy śnieg.
Chłopiec obdarzył ją uśmiechem.
– Brawo, chica – powiedział tylko, lecz w jego ustach brzmiało to jak największa pochwała.
Normalnie, w takiej chwili ktoś stwierdziłby, że to głupi pomysł, ktoś wyśmiałby dziewczynkę lub zadrwił okrutnie. Jednak myśl o starej czarownicy dawała im poczucie, że mogą spróbować zrobić coś dla Sebastiena. Fernando wskazał na schowek, w którym trzymali swoje największe skarby – zbyt dobre, by oddawać je starszym w zamian za nietykalność.
– Weźcie wszystko – powiedział. Ukłucie w sercu powiedziało mu, że kilka błyskotek, pół butelki whiskey i ćwierć cygara może nie starczyć na kupienie pomocy Sirambwe. Musieli jednak spróbować.
Chłopcy opróżnili skrytkę, wrzucając wszystko do podartej, plastikowej reklamówki. Chwilę później byli już gotowi i cała czwórka zniknęła w ciemności slumsów.

*

Mercedes drgnęła, gdy po raz kolejny wydało się jej, że słyszy kroki za plecami. Pozostali również wyglądali na przestraszonych, jednak szli do przodu i dziewczynka, nie chcąc zostać sama, musiała dotrzymywać im kroku. Fernando prowadził i, choć dzieci nigdy nie były w tej części slumsów, zdawał się doskonale wiedzieć, dokąd idzie. Potykali się w ciemnościach i wpadali na siebie, a światło w oknach niewielkiej chatki zobaczyli dopiero, gdy znaleźli się tuż przed nią.
Stanęli niezdecydowani. Nikt nie wiedział, czy Sirambwe jest w domu i czy spodoba się jej wizyta gości o tej porze – przecież noc była czasem czarów i demonów…
– Co tak stoicie na zewnątrz? – dobiegł ich skrzekliwy, nieprzyjemny głos. – Wejdźcie do środka.
Prawie podskoczyli, gdy się odezwała. Skąd wiedziała, że przyszli? Fernando przełknął ślinę – teraz nie było już odwrotu. Podszedł do kotary i zawahał się jeszcze przez moment, zanim wszedł do środka. Pozostałe dzieci poszły za jego przykładem.
Wnętrze chaty oświetlone było licznymi świecami. Uwagę przykuwały ściany, przykryte makatkami ze słomy, i stare półki wypełnione dziwnymi przedmiotami. Później oczy przesuwały się dalej – w stronę plastikowego stołu o trzech nogach i niewielkiego paleniska, nad którym wisiał najprawdziwszy metalowy kociołek. Dopiero na samym końcu wzrok zatrzymywał się na starym, podartym fotelu i osobie, która w nim siedziała.
Sirambwe była bardzo starą kobietą, o twarzy pomarszczonej bardziej, niż skórka znalezionego na śmietniku jabłka, o bezzębnych ustach, otoczonych wąskimi wargami. Długie paznokcie przypominały szpony, a czarne, błyszczące oczy, patrzyły przenikliwie, oceniając gości.
– Nie spodziewałam się dzieci – mruknęła, na wpół do nich, na wpół do siebie.
Fernando przełknął ślinę i zrobił krok do przodu.
– My przyszliśmy, bo… – zająknął się – Bo Sebastien jest bardzo chory i chcieliśmy…
Czarownica błyskawicznym ruchem poderwała się z fotela. Dzieci zamarły.
– Chcieliście, żebym go uzdrowiła, tak? – krzyknęła. – Nie słyszeliście plotek? – uśmiechnęła się złośliwie – Nie słyszeliście, co robię ludziom, którzy przychodzą prosić o uzdrowienie?
Stali sparaliżowani strachem, niezdolni wypowiedzieć nawet słowa.
– Wcale nie! – wypaliła nagle Mercedes.
– Nieee? – czarownica podeszła bliżej i pochyliła się. Jej twarz znalazła się na wysokości oczu dziewczynki. – Czego w takim razie chcieliście? – w jej głosie było coś złowróżbnego, jednak Mercedes wiedziała, że nie może się wycofać. „To dla Sebastiena” – pomyślała.
– Chcieliśmy prosić o wyczarowanie śniegu – powiedziała drżącym głosem.
Twarz Sirambwe zmieniła się, jakby odrobinę złagodniała.
– Śnieg? – roześmiała się, zdumiona niedorzecznością prośby.
– Sebastien chciał go zobaczyć – wyszeptał Pablo.
Murzynka kiwnęła głową.
– Macie czym zapłacić?
Chłopcy wskazali reklamówkę. Sirambwe przejrzała zawartość – błyskotki nie zwróciły jej uwagi, za to obejrzała cygaro i odkręciła butelkę by powąchać zawartość. Dzieci cierpliwie czekały na jej decyzję.
– Wezmę jeszcze po jednym dniu z życia każdego z was – powiedziała. Jej spojrzenie zatrzymało się na Mercedes – I twoje włosy, pyskulo.
Dziewczynka drgnęła, dotykając warkocza. Był jej największą dumą… Przypomniała sobie, jak Sebastien bronił jej, gdy drwiny i zaczepki innych stawały się nie do zniesienia i wszelkie wątpliwości rozwiały się natychmiast. „Włosy odrosną” – pomyślała. Podeszła do stołu i sięgnęła po nóż. Chwilę później podała czarownicy odcięty warkocz.
– Jutro wieczorem będziecie mieli śnieg – powiedziała Sirambwe, dając im do zrozumienia, że mają odejść.
Wyszli z chaty z poczuciem ulgi. Nie mieli dość odwagi, by upewnić się, że starucha dotrzyma obietnicy.

*

Pierwszym, co Sebastien zobaczył po przebudzeniu, była twarz matki. Pochylała się nad nim, patrząc z ulgą.
– Co się stało? – spytał. Czuł się dziwnie słaby, jak wtedy, gdy przez tydzień prawie nic nie jadł.
– Upadłeś. I spałeś przez dwa dni.
Spróbował podnieść się z posłania. Koc zsunął się niżej i chłopiec poczuł, że jest strasznie zimno. Zadrżał, spoglądając na okno. Na tle nocnego nieba, rozświetlanego blaskiem odległych latarni, widział białe, wirujące płatki. Nie podbiegł do framugi. Bardzo powoli wstał i ruszył w kierunku drzwi. Matka chciała go zatrzymać, ale gdy zobaczyła wyraz twarzy syna i oczy błyszczące radością spełnionego marzenia, pozwoliła mu iść dalej. Sebastien bardzo długo schodził po schodach, przytrzymując się metalowej poręczy. Nie dbał o narastający w piersi ból, o zimno, o drzazgę, która wbiła się w stopę – musiał wyjść na zewnątrz, bo na zewnątrz był…
Cienka warstwa białego puchu pokrywała całą ulicę – a z nieba wciąż spadały kolejne płatki. Sebastien patrzył w górę, zafascynowany tańcem białych drobinek – niektóre z nich opadały na jego twarz. Opuścił głowę i zobaczył swoich przyjaciół – stali niedaleko, owinięci szmatami i uśmiechali się do niego.
– Sebaaaastieeeen! – krzyknęła Mercedes. – To dla ciebie!
Uśmiechnął się, chociaż ból stawał się nie do zniesienia. Pochylił się i wziął do ręki trochę śniegu – był mokry i zimny w dotyku. I taki biały, puszysty. Cudowny. Radość wypchnęła ból i Sebastien nie poczuł nawet, że znów upadł. Pablo zaniósł nieprzytomnego chłopca na górę. Stali wszyscy czworo, wpatrując się w przyjaciela, na którego twarzy wciąż błąkał się uśmiech.
Śnieg padał przez całą noc. Nad ranem wschodzące słońce stopiło biały puch. Nad ranem Sebastien umarł.

23-24 grudnia 2004

Poznańskie sny

Ktoś szepcze do mnie w snach…
Niespokojne myśli, niespokojne marzenia senne i głos, którego nie znam.
Chodź do mnie, chodź!

– Przepraszam, tego nie wolno ruszać!
Janusz z uśmiechem chłopca złapanego na podjadaniu słodyczy odłożył niewielki notatnik i spojrzał przepraszająco na młodszego aspiranta, który przyłapał go na dobieraniu się do policyjnych akt. Cóż, Janusz nie mógł nic poradzić na swoją dziennikarską ciekawość, nieustannie pakującą go w kłopoty – jeśli nie słuchała nawet głosu rozsądku, to jak mogła ustąpić przed innym człowiekiem? Może po części wynikało to również z charakteru gazety, dla której pracował – „Głosu miasta”, a którą od zwykłego brukowca dzieliło bardzo niewiele.
– Janek, jesteś! – donośny głos oznajmił przybycie Marcina Barskiego, prywatnie kolegi Janusza jeszcze z czasów licealnych, a oficjalnie komendanta niewielkiego komisariatu na poznańskich Winiarach. – Mam już statystyki, o które prosiłeś.
Dziennikarz przylepił do twarzy uśmiech i odwrócił się do policjanta. Odebrawszy plik papierów, wsunął je niedbale do przewieszonej przez ramię torby.
– Dzięki. Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. W przyszłym tygodniu musimy się koniecznie umówić na wywiad – Janusz wiedział, jak połechtać próżność kolegi. – Już się redaktor dopytywał… – niby przypadkiem spojrzał na biurko i sięgnął po notatnik, który przyciągnął jego uwagę już wcześniej – Co to? – spytał udając, że kartkuje bez większego zainteresowania.
Komendant westchnął.
– Pamiętnik dziewczyny, która zaginęła kilka dni temu – odparł, krzywiąc się. – Jeśli w ogóle można tak nazwać pisane na haju gryzmoły. Nic ciekawego, naprawdę. Mała pewnie zwiała z domu na jakąś imprezę i znajdzie się za kilka dni.
Janusz odłożył zeszycik z powrotem. Pokiwał głową, wyrażając w ten sposób zrozumienie dla ciężkiej i nudnej pracy policjanta. Wiedział, że Marcin zawsze marzył o sławie, jednak natura nie obdarzyła go żadnym talentem. Wywiad, jakiego udzieli dla „Głosu miasta” będzie najpewniej wydarzeniem jego życia. Janusz zastanawiał się, nie bez złośliwości, ile egzemplarzy gazety kupi jego kolega w dniu publikacji wywiadu.
– A, właśnie! – przypomniał sobie nagle, sięgając po torbę – Chciałem, żebyś zerknął na pytania, jakie przygotowałem do wywiadu – wyciągnął jakieś teczki, odłożył na biurko i dalej grzebał w torbie. – Szlag! Zapomniałem zabrać – uśmiechnął się przepraszająco do kolegi. – Cóż, następnym razem.
Spojrzał na zegarek, zrobił zaskoczoną minę i niemalże zerwał się na nogi.
– Ciągle w biegu, co? – spytał Marcin, a współczucie nieudolnie maskowało nuty zazdrości w jego głosie. Janusz w tym czasie na powrót upychał teczki w torbie.
– Zadzwonię jeszcze do ciebie – potrząsnął ręką komendanta i wypadł z komisariatu tak szybko, jakby właśnie spóźniał się na swój ślub.
Zwolnił dopiero za rogiem. Poprawił torbę, niedbale przerzuconą przez ramię i uśmiechając się tryumfalnie wyciągnął z niej niewielki notatnik – nikt oczywiście nie zauważył, że schował go razem z teczkami. Otworzył zeszycik i zaczął czytać.

Zabiorę cię w podróż, pójdziesz krok po kroku za słowami – bo choć i ty i ja znamy cel, to nie miejsce się liczy, lecz wędrówka. Idź więc i obudź magię, która drzemie w tym mieście, bo ona pomoże ci dotrzeć do mnie. Strzeż się jednak tych, co drogą chcą podążyć miast ciebie. Strzeż się tych, co mieszkają w głogach!

Zadzwoniła komórka. Janusz wygrzebał ją z kieszeni marynarki.
– Tak? – mruknął, niechętnie odrywając wzrok od notatnika – Nie, nie będzie mnie dzisiaj w redakcji. Zdjęcia? – odruchowo spojrzał na torbę – Okay, w takim razie je podrzucę. Będę za jakieś pół godziny pod „operą”.
Rozłączył się, mrucząc „cholera!”. Wrzucił notatnik do torby i pobiegł na najbliższy przystanek.

Nim wyruszysz na wędrówkę, złóż ofiarę skrzydlatemu, co spogląda z góry. Przed wyprawą zyskasz przychylność strażników, którzy w przejściu między światami stoją. Opieką i ochroną służyć ci będą w zamian za dar.

Janusz siedział na schodach Teatru Wielkiego i palił papierosa. Zaczynał się zastanawiać, czy wyniesiony z komisariatu notatnik przyda mu się do czegokolwiek. Czuł, że jest w nim jakiś klucz, tajemne wskazówki, które zaprowadzą go… właśnie – dokąd? Do właścicielki pamiętnika? Ktoś szepcze w moich snach… Czy rzeczywiście ktoś ją wołał? A może Marcin miał rację – po prostu się upaliła? Chodź do mnie, chodź! Dlaczego tak go zafascynowały wynurzenia dziewczyny, która powinna zainteresować raczej psychiatrę, niż dziennikarza?
– Co tak dumasz pod pegazem? – usłyszał obok – Myślisz, że dzięki temu spłynie na ciebie natchnienie? – zadrwił głos znajomego z redakcji. – Ciężka praca, Janusz, nic więcej. Rzemiosło, nie sztuka.
Janusz nie słuchał już, zadarł głowę do góry, patrząc ku dachowi Teatru Wielkiego, zwanego powszechnie „operą”. Ponad wysokimi kolumnami i trójkątnym dachem pegaz rozpościerał swe skrzydła. Olśnienie przyszło – to jest to!
– Halo, Janek! – uciążliwe coś nad uchem. – Ziemia do Janusza!
Patrząc wciąż w górę, na ślepo włożył rękę do torby i podał koledze kopertę, którą wyciągnął. Głos ucichł, więc chyba o nią chodziło.
– Dzięki – usłyszał jeszcze.
Dym z papierosa przesłonił obraz. Janusz spojrzał na swoją rękę, potem znów na pegaza. Ileż to razy marzył, by wzlecieć na grzbiecie skrzydlatego konia?
– Nie mam kadzidła, więc mam nadzieję, że ten dym wystarczy – powiedział, patrząc w górę. Jakiś przechodzień obdarzył dziennikarza krzywym spojrzeniem.
Janusz dopalił papierosa i ruszył dalej, niedopałek chowając do torby – nie potrafił go tak po prostu wyrzucić.

A gdy spojrzysz na fontannę, przejdź szpalerem latarni nad pociągami. Idź tam, gdzie naga kobieta uwięziona w ścianie – niech pociąg przejedzie teraz po twojej głowie.
Patrzę na świat oczyma odmienionymi przez głos, a gdy szepcze, barwy wirują niespokojnie.
Aleją kasztanową do niewielkiego strumienia i dalej, śledząc metalową nić. Tu wśród domów spokojnych i drzew szumiących – na zakręcie słów i drogi – mieszka Powierniczka.

Trzymając w dłoniach zeszyt, Janusz poszedł w kierunku Mostu Teatralnego – tym razem również podziwiał masywne, stylizowane latarnie. Pamiętał, że jako młody chłopak lubił patrzeć w dół, na przejeżdżające pociągi i zastanawiać się, dokąd jadą ludzie siedzący w środku. Czasem wyobrażał sobie, że to on wyrusza „w daleki świat”. Westchnął. Miał być reporterem, zwiedzającym najdalsze zakątki świata, a utknął jako pracownik podrzędnej gazety. Z żalem uświadomił sobie, że naśmiewał się w myślach z Marcina, a sam jest niewiele lepszy. Przywołał w myślach obraz mostu, spowitego we mgle, którą rozpraszał jedynie blask latarni – podobne wspomnienia stawały się ukojeniem, wnosiły odrobinę magii w szarzyznę kolejnych dni i pozwalały czasem zapomnieć o goryczy, jaką czuł, gdy przypominał sobie, gdzie pracuje.
Most skończył się i Janusz ponownie spojrzał w notatnik. Uśmiechnął się, bo wiedział już, dokąd pójść teraz. Spokojnie skręcił w lewo, w ulicę Roosevelta. Po drugiej stronie ulicy stały stare kamienice – ładne, lecz zaniedbane. Pamiętał, że na jednej z nich była płaskorzeźba kobiety, na głowie trzymającej kosz pełen kwiatów. Wciąż żywe było wspomnienie pierwszej, dziecięcej „wyprawy” do miasta i opowieść matki o kobiecie zamienionej w kamień. Płaskorzeźba długo jeszcze pobudzała jego wyobraźnię, gdy wymyślał wciąż nowe sposoby na odczarowanie klątwy. Teraz Janusz-racjonalista wiedział, że to tylko ozdoba kamienicy, ale wciąż bał się dnia, w którym ktoś zechce zburzyć budynek. Idąc w dół ulicy uśmiechnął się więc do kobiety. Nie dostrzegł, że chwilę później kobieta uśmiechnęła się do niego.
Doszedł do wiaduktu i zatrzymał się. Jeśli dobrze rozumiał wskazówki zawarte w pamiętniku, może spokojnie podjechać kilka przystanków. Wsiadł do tramwaju i zamyślił się, wpatrzony w okno. Pojazd trząsł się niespokojnie, skręcając w kasztanową aleję. Niedaleko znajdował się Park Sołacki i Janusz domyślał się, iż może chodzić o strumień, który przezeń przepływał. Obserwował stare drzewa, alejki i most przerzucony nad strumieniem, wreszcie jeziorko, nad którym kiedyś karmił kaczki. Sołacz był niewątpliwie jedną z najbardziej urokliwych dzielnic Poznania. Ciche uliczki z domkami jednorodzinnymi i park – prawie że nierealny, jakby żywcem wyjęty z jakiejś nastrojowej baśni. Szkoda, że tak rzadko miał okazję bywać tutaj…
Park zniknął mu z oczu, gdy tramwaj skręcił w ulicę Wołyńską. Pojechał dalej, zostawiając Janusza na przystanku, rozglądającego się niepewnie. Co teraz? Nie miał pojęcia, gdzie szukać „Powierniczki”, kimkolwiek była – przecież nie będzie chodził od domu do domu… Skręcił w najbliższą uliczkę, spacerując bez wyraźnego celu. „I tak właśnie kończą się twoje szalone pomysły, Janusz” – pomyślał ironicznie. – „Zachowujesz się jak dziecko, nic tutaj nie znajdziesz”.
Wpatrywał się bezradnie w notatnik, jakby licząc, że pojawi się kolejny błysk olśnienia. Czyżby coś przeoczył?
– Skąd pan to ma? – pytanie zatrzymało go w połowie kroku.
Podniósł głowę. Przed nim stała „młoda gniewna”, na oko szesnastolatka. Farbowane włosy, zebrane w wiecheć na czubku głowy i ostry makijaż nie dodawały jej ani wieku, ani urody. Ciemne oczy dziewczyny lśniły nienaturalnie, choć źrenice wydawały się mieć normalną wielkość.
– Pamiętnik Marty. Skąd pan go ma? – dziewczę puściło mu krzywe spojrzenie, najwidoczniej nie chciało być przedmiotem oględzin. Głos miała szorstki, nieprzyjemny. „Pewnie z przepicia” – zauważył cierpko Janusz.
– Byłaś jej koleżanką? – spytał, nie chcąc wdawać się w rozmowy na temat swoich praw do posiadania notatnika.
– Przyjaciółką! – prychnęła. – I to najlepszą. Mówiłyśmy sobie wszystko.
– Więc pewnie domyślasz się, gdzie Marta może teraz być?
Zmieszała się lekko, ale jej wzrok natychmiast powędrował w stronę notesu. Przełknęła ślinę, a oczy jej zalśniły. Janusz odnosił wrażenie, że w głębi źrenic czai się nienaturalny głód i poczuł irracjonalną niechęć do dziewczyny.
– To trzeba odnieść – powiedziała. – Na policję znaczy się. Na pewno im się przyda. Bo oni szukają Marty. Ja to odniosę – mamrocząc nieskładnie wyciągnęła rękę w kierunku Janusza.
Zrobił krok do tyłu, zaciskając dłoń na pamiętniku. Dziewczyna również cofnęła się lekko, przyglądając mu się uważnie. Wreszcie uśmiechnęła się krzywo.
– Oddaj. Tobie nic po tym. I tak jej nie znajdziesz. Oddaj pamiętnik, Mikul się nim zaopiekuje, Mikul pójdzie do Marty – w miarę, jak mówiła, jej głos stawał się coraz bardziej szorstki, jakby pobrzmiewała w nim jakaś złowroga nuta.
Janusz przyglądał się dziewczynie i zastanawiał się, co mogła wziąć. Najwyraźniej była w jakimś narkotykowym śnie. Dreszcz przebiegł mu po plecach, gdyż Mikul – jak siebie nazwała – kojarzyła mu się z drapieżnym i złośliwym stworzeniem. „Jakby za chwilę miała się na mnie rzucić” – pomyślał. Ona jednak stała tylko, pożądliwie wpatrując się w notatnik i mamrocząc coś do siebie. Janusz otrząsnął się z niemiłego wrażenia – nie miał zamiaru dać się zastraszyć jakiejś smarkuli. Miał wrażenie, że przestaje być sobą – kradzież na komisariacie, szalony pomysł wędrówki przez miasto, a teraz dostaje dreszczy spotykając nastoletnią ćpunkę. Zmierzył dziewczynę wzrokiem, po czym odwrócił się i zaczął iść w kierunku przystanku – na pozór spokojnie, lecz wciąż podświadomie obawiał się ataku.
– Nie oddasz Mikul, oddasz innym – jej krzyk sprawił, że prawie drgnął. – Przecież tam nie pójdziesz. Nie dla ciebie ten świat. Inni pójdą. A Mikul była przynajmniej dobra dla Marty…
Spojrzał przez ramię. Dziewczyna przysłonięta była jakimś cieniem, jej twarz wyglądała ohydnie, jakby zniekształcona. Garbiła się, a rozczapierzone palce przypominały pazury. Potrząsnął głową, poważnie wątpiąc w swoje zmysły. Jej nieprzyjemny głos ścigał go nawet, gdy wsiadał do tramwaju.

Biegnij ścieżką, biegnij szybko! Nie oglądaj się za siebie, nie rozliczaj przeszłości, nie żegnaj. Biegnij prosto w sen, który już na ciebie czeka.

Powieki, jeszcze zlepione resztkami snu, nie chciały się unieść. Komórka domagała się uwagi, ale Janusz, wciąż półprzytomny, nie był w stanie powiedzieć, czy to tylko budzik, czy też już od rana ktoś go szukał. Miał ochotę ponownie zanurzyć się w snach. Bardzo rzadko je pamiętał, zazwyczaj znikały wraz z pojawieniem się pierwszej myśli, tuż po przebudzeniu. Jednak tym razem pozostawiły po sobie niejasne wspomnienie – miał wrażenie, że były wyjątkowe, sprawiały, iż marzył tylko o tym, by zapomnieć o całym świecie i znów zasnąć…
– Zamknij się – powiedział do komórki, na oślep sięgając do nocnego stolika i próbując wyłączyć złośliwe urządzenie. Ruch uświadomił mu, że w tył głowy  wpija mu się coś niewygodnego. Zaspany, usiłował sobie przypomnieć, w którym miejscu poduszka miała kanty.
Telefon umilkł wreszcie, a Janusz oprzytomniał. Wyciągnął spod głowy niewielki notes i przyjrzał się mu uważnie. Przez głowę przelatywały mu nieskładne myśli, nie potrafił się skupić na żadnej. Poszedł spać z notatnikiem pod głową, uświadomił sobie w końcu. Odrzucił kołdrę i podniósł się powoli. Głowa ciążyła mu niemiłosiernie, pulsując tępym bólem – czuł się tak, jakby przed snem wypił duszkiem butelkę wódki… Z notatnikiem pod pachą powlókł się do łazienki.
Pół godziny później popijał mocną kawę, wciąż wertując notatnik. Próbował odgadnąć, dokąd dojdzie, kierując się niejasnymi wskazówkami. Mógłby, siedząc nad planem miasta, zorientować się, w jakie miejsce kieruje go pamiętnik Marty, lecz wątpił, by znalazł w ten sposób odpowiedź na najważniejsze pytania – co tam znajdzie i dlaczego ukryto drogę w pogmatwanych zdaniach, zapisanych nierównym, niekiedy prawie nieczytelnym pismem. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie chodzi o kryjówkę dziewczyny – wszak Marcin wspominał, że zaginęła. Pokręcił głową. Gdyby uciekła z własnej woli, nie zostawiałaby przecież wskazówek, jak ją znaleźć, natomiast gdyby wchodziło w grę porwanie czy morderstwo, nie mogłaby sporządzić tak szczegółowych notatek… Może chodziło o jakąś melinę grupki przyjaciół, w której się zaszyła? Notatnik służyłby inicjacji nowych członków – tylko w ten sposób mogli dołączyć do reszty. To by wyjaśniało, dlaczego ta dziewczyna, Mikul, tak bardzo chciała zdobyć notatki Marty. Z jakiegoś powodu nie przyjęto jej do grupy i chciała spróbować dotrzeć do koleżanki na własną rękę… Janusz roześmiał się nagle, jakby komentując swoje własne, coraz bardziej fantastyczne rozważania. Kto powiedział, że pamiętnik ma cokolwiek wspólnego ze zniknięciem Marty? Nawet doświadczony policjant, jakim był Marcin, powątpiewał. A jednak…
Komórka odezwała się ponownie, przerywając ciszę w niewielkim, dwupokojowym mieszkaniu Janusza. Niemalże poderwał się, zaskoczony nagłym dźwiękiem, niedopita kawa zafalowała niespokojnie w białym kubku, gotowa wylać się przy kolejnym szarpnięciu. Mężczyzna zaklął, odkładając naczynie na kuchenny stół i popędził z powrotem do zagraconego pokoiku, służącego mu za sypialnię. Telefon przestał hałasować w chwili, gdy Janusz sięgał w jego stronę – jakby wiedział, że już zwrócił na siebie uwagę. Na niewielkim wyświetlaczu widniała krótka informacja.
– No tak… Artykuł o zdemolowanych grobach na górczyńskim cmentarzu – mruknął do siebie. Miał dziś jechać na miejsce, wypytać grabarzy i przechodniów. „Znaleźć dowody na działalność satanistów” – jak usłyszał w redakcji. Pobłogosławił w myślach urządzenie, bez którego dawno zapomniałby o własnych urodzinach i wybaczył mu natręctwo. Zupełnie nie przeszkadzało mu, że obdarza duszą przenośny aparat telefoniczny.
Cofnął się do kuchni, by wrzucić notatnik do torby, sprawdził, czy na pewno zabrał portfel i nerwowo przeszukał kieszenie w poszukiwaniu kluczy – zanim wpadł w panikę, zdążył zauważyć, iż leżą na niewielkiej komódce tuż przy drzwiach. Wypadł z domu, zastanawiając się, czy zdąży na tramwaj.

Z każdym krokiem głos ze snu coraz wyraźniejszy, wciąż woła do mnie, budząc tęsknotę. Idź, obudź magię, obudź szepty spod łóżka i błyski w lustrze. Z każdym krokiem, z każdym słowem, z każdą myślą – coraz bliżej.

Na linii numer osiem jeździły stare tramwaje, lecz podróżowało się nimi całkiem wygodnie. Janusz siedział przy oknie, nie zwracając uwagi na otoczenie – tramwaj dowiezie go do pętli na Górczynie, a stamtąd na cmentarz już niedaleko. Wczesnym przedpołudniem nie było już tłoku, choć wszystkie miejsca zajmowali pasażerowie. „Ósemka” zjechała z Mostu Dworcowego, mając teraz do pokonania całą długość ulicy Głogowskiej. Janusz odruchowo uniósł głowę, gdy zbliżała się do Parku Wilsona – zawsze lubił spacerować krętymi alejkami. Przypomniał sobie Sołacz i mgliste wrażenie, jakie pozostawił tamtejszy park – wszystko jakby tchnęło tajemnicą. Natomiast ten zdawał się  być wymyślnym ogrodem przy pałacu jakiegoś króla. „Jak dwie baśnie” – pomyślał. – „Jedna mroczna, druga radosna… Lubię obie”.
Tramwaj zatrzymał się i Janusz odruchowo spojrzał na ludzi czekających na przystanku. Drzwi otworzyły się z łoskotem i do środka zaczęły wchodzić cienie o roziskrzonych oczach. Oczach wlepionych w Janusza. Poderwał się nagle z miejsca, biegnąc ku końcowi pojazdu – wypadł przez ostatnie drzwi w chwili, gdy stwory wypełniały już tramwaj. Nie oglądając się za siebie pognał ulicą w kierunku Mostu Dworcowego, a pasażerowie odprowadzali go zdziwionym spojrzeniem.
Na zewnątrz nie było jednak bezpieczniej – przechodnie, których roztrącał również na niego czyhali, kilku chyba wciąż go goniło. Powoli zaczynało braknąć mu sił, lecz bał się zatrzymać. Nagle nad sobą usłyszał tętent kopyt. Stanął jak wryty i uniósł głowę. Nad dachami budynków galopował pegaz. Janusz zamrugał oczami, tymczasem legendarny koń obniżył lot – zdawał się pędzić wprost na mężczyznę. Przez głowę przemknęła mu myśl, że podkowy nie mogą dźwięczeć, uderzając powietrze, lecz nie miał czasu zastanawiać się dłużej – poczuł na twarzy powiew wiatru, wzbudzanego przez zielonopióre skrzydła, gdy pegaz lądował tuż za nim. Zadzwoniły o chodnik podkowy, coś za plecami Janusza syczało i krzyczało nieludzko. Obejrzał się. Cienie wiły się wokół skrzydlatego, jakby obawiając się podejść bliżej. Biegnij! – usłyszał w swoich myślach. Ruszył pędem, nie oglądając się za siebie.
Zatrzymał się dopiero przy „akwarium”, jak nazywano dobudowane niedawno wejście na Międzynarodowe Targi Poznańskie. Łapiąc oddech, spojrzał w kierunku Głogowskiej, lecz ulica wyglądała jak każda inna w Poznaniu – nie było nawet śladu po cieniach i pegazie. Kilku ludzi przyglądało mu się z zaciekawieniem, jakby oczekując, że po chwili odpoczynku znów zacznie biec, jednak Janusz patrzył niewidzącym wzrokiem gdzieś w dal. Nie potrafił w żaden sposób wytłumaczyć tego, co się stało. Halucynacja? Tak realna? Potrząsnął głową, starając się pozbyć dziwnego wrażenia, jakie towarzyszyło muśnięciu skrzydeł. Zaczynał wątpić w swoje zmysły. Odruchowo sięgnął do torby, po notatnik. Strzeż się jednak tych, co drogą chcą podążyć miast ciebie. Strzeż się tych, co mieszkają w głogach! W głogach… Na ulicy Głogowskiej. Czy powinien zastanawiać się nad każdym zdaniem? Co go jeszcze czeka? Wertował pamiętnik bez celu, zastanawiając się, czy powinien dalej zajmować się sprawą zaginionej dziewczyny. Dziwne sytuacje, cienie, pegaz… Czy tak wygląda szaleństwo? Zaczynał się bać, jednak magiczne słowa, niezrozumiałe wizje wciąż go przyciągały… Co miał do stracenia? Przecież zawsze marzył o przygodach. Mały Janek, spragniony niezwykłości i tajemnic, znów odezwał się w jego myślach, podejmując decyzję.

Zagubiony pośród betonowych rzek i zapomnianych łąk, stoi młyn. Zmielona w nim rzeczywistość rozsypuje się z wiatrem, ustępując przed baśnią. W kolorach utrwalona radość, słońce przyklejone do nieba na stałe, rzeka, która chroni od wschodu i wilki – od zachodu.

Autobus zatrzymał się. Janusz wysiadł, rozglądając wokół. Zawsze bawił go kontrast – z jednej strony blokowisko, kończące się niewielką skarpą, a z drugiej już tylko zielone drzewa i stary, niszczejący budynek. I ulica, niby rzeka graniczna. Za skrzyżowaniem ruszył alejką, którą pasmo drzew oddzielało od ruchliwej ulicy Lechickiej. Olbrzymie tiry pędziły w jedną i drugą stronę, lecz tam, dokąd szedł, warkot silników już nie dochodził. Chodnik był wąski, niewiele osób tamtędy chodziło. Osiedle Wilczy Młyn zdawało się być odcięte od reszty miasta, lecz to tylko podkreślało jego urok. Niewielkie, jednorodzinne domki, zbite w równe szeregi, cieszyły oczy, zadbane i tonące w kwiatach. Janusz lubił tędy chodzić, choć nieczęsto zdarzała się okazja. Tym razem przyjechał z materiałami dla kolegi z redakcji, który czasowo przejmie jego obowiązki – po przygodzie na Głogowskiej dziennikarz uznał, że przyda mu się tydzień urlopu na spokojne zgłębianie tajemnic pamiętnika. Zresztą miał niejasne  wrażenie, że notatnik wspomina o tym miejscu. I nic dziwnego, jeśli Poznań w ogóle miał w sobie coś magicznego, musiało się to koncentrować na Wilczym Młynie – przynajmniej w opinii Janusza.
Alejka skończyła się przy pierwszych domach. Wszedł więc między nie, podążając uliczką równoległą do Lechickiej. Prowadziła w dół, zapewniając doskonały widok na okolicę. Gdzieś na horyzoncie majaczył wielki kształt jakiejś fabryki. Elektrociepłownia? Oczyszczalnia ścieków? Nie pamiętał. Uśmiechnął się – kolejny kontrast, baśniowe domki i złowroga budowla gdzieś w oddali. Nawet nie zauważył, że zatrzymał się i spogląda na odległą fabrykę.
– Przyjdą do nas, przyjdą zza rzeki – usłyszał głos. Obok niego stał niewysoki człowieczek, nieodmiennie kojarzący się z postacią z legend irlandzkich. Niewielki kapelusik, fioletowy surdut i okrągława twarz, zwrócona w kierunku dziennikarza.
– Kto? – zapytał odruchowo.
– Demony z tamtego zamku – nieznajomy wskazał na budowlę w oddali – Zobaczysz, rzeka ich nie powstrzyma, zdobędą most i przyjdą tutaj. Zniszczą wszystko!
Janusz osłupiał. Mała dziewczynka przebiegła obok niego. Miała wielką, żółtą kokardę zawiązaną we włosach, lizaka w dłoni i… szpiczaste uszy? Pokręcił głową z niedowierzaniem, podczas gdy jego rozmówca oddalał się już niespiesznym krokiem, wciąż mamrocząc o tych, którzy przyjdą zza rzeki.
W jednym z przydomowych ogródków bawiło się dwoje dzieci i Januszowi wydawało się, że widzi niewielkie różki wystające gdzieś spośród jasnych czuprynek.
– Mama mówiła, że trzeba stąd uciekać, póki jeszcze jest czas – odezwało się jedno z nich, zerkając, czy nieznajomy za ogrodzeniem nie podsłuchuje. Niebieskooki chłopczyk popatrzył przez chwilę na mężczyznę, a potem chwycił za rękę drobną dziewczynkę, która stała obok niego i pociągnął ją na drugi koniec ogródka. Zmieszany Janusz ruszył dalej.
Materiały zostawił żonie kolegi, od kawy wymawiając się pilną sprawą. Gdy szedł w drugą stronę, obejrzał się jeszcze do tyłu. Na horyzoncie majaczyła się złowroga budowla, a nad nią przelatywały olbrzymie kształty, których skrzydła przywodziły na myśl smoki. Zapewne rozgrzane słońcem powietrze płatało mu figla, jednak po raz pierwszy nie martwił się, że opuszcza Wilczy Młyn – jakby słowa nieznajomego przekonały o konieczności odejścia. Żegnało go wycie wilka. Przynajmniej tak mu się zdawało.

A gdy czar już utkany, pobiegnij strumieniem wśród kamienic, znajdź drzwi prowadzące na zapomniane podwórko. Tam ostatni krok, krok przez mgłę, przez taflę jeziora, przez sny. Tam szepty staną się wyraźne, tam czekam na ciebie. Chodź do mnie, chodź!

Janusz od godziny spacerował ulicą Wodną – od Starego Rynku do ulicy Wielkiej. Rozglądał się niepewnie, szukał właściwej bramy, właściwego podwórka. Kolejna ślepa uliczka – ostatnie słowa w notatniku. Może nie powinien kojarzyć strumienia z ulicą? Może to zbyt proste? Zaczynał się bać, że w tym miejscu kończy się przygoda, że nigdy nie rozwikła zagadki do końca. Lecz najgorszy był inny strach – że tak naprawdę nie było żadnej tajemnicy, że gonił za iluzją, że karmił swoje skryte pragnienia, tęsknotę za odrobiną niezwykłości w szarym, monotonnym życiu.
Przygnębiony, powlókł się uliczkami, okalającymi Stary Rynek. Sam nie wiedział dokąd – niby w kierunku przystanku tramwajowego, ale tak naprawdę mógłby iść dokądkolwiek. W momencie, gdy zrozumiał, że nie ma szans na rozwikłanie zagadki, poczuł, że stracił cel, że nie wie, co ma robić dalej. Nie potrafił wyobrazić sobie powrotu do poprzedniego życia, do pracy w redakcji – przez ostatnie dni żył na pograniczu rzeczywistości i marzeń, usiłując wyrwać dla siebie odrobinę magii. „Tak właśnie wygląda przegrany człowiek, który nie wie, co ma ze sobą zrobić” – pomyślał z goryczą, brodząc w płytkich kałużach.
Przystanął nagle, uświadomiwszy sobie, że od dłuższej chwili towarzyszy mu cichy szum i odgłos wody rozpryskującej się pod butami. Z ulicą Żydowską, którą właśnie szedł, krzyżowała się druga – płynął nią niewielki strumień. Ironiczna myśl o pękniętej rurze wodociągowej została przyćmiona przez budzącą się nadzieję, bowiem zalana wodą ulica nazywała się Mokra… Przyśpieszył kroku, skręcając za róg i nie bacząc na wodę wlewającą się teraz do butów.
Na schodach prowadzących do drzwi jednej z kamienic siedziała młoda dziewczyna. Niby zwykły widok – nastolatki przesiadują w dziwniejszych miejscach, lecz uwagę zwracały jasne włosy, podpięte po bokach niewielkimi, miedzianymi klamrami i prosta, lniana sukienka. Bose stopy moczyła w przepływającym ulicą strumieniu, a obok niej, na stopniu, leżały wiązane rzemieniem sandały. Popatrzyła na niego orzechowymi oczami i uśmiechnęła się lekko.
– Marta… – wyszeptał Janusz.
– Czekałam na ciebie – powiedziała spokojnie. – Wiedziałam, że zjawi się ktoś, kto przyniesie mi mój pamiętnik.
– Przecież on prowadzi tylko… tutaj – zdziwił się. Powoli docierało do niego, że dziewczyna, której policja szuka od ponad tygodnia, siedzi na schodach w samym środku miasta.
– Nie, on opisuje drogę. Mówi, co trzeba zrobić, by otworzyć przejście – pokręciła głową. – Nie powinnam była tego wszystkiego zapisywać, zachowałam się nierozważnie. Lecz kiedy zaczęłam śnić, nie wiedziałam jeszcze, że to wskazówki, zaklęcie. I nie wiedziałam, że są inni, którzy chcieliby je zdobyć.
– Cienie…
Pokiwała głową.
– Tutaj, w tym świecie są bezsilni, uwięzieni przez racjonalne myślenie i naukowe wyjaśnienia. A tam… Tam mogliby zaszkodzić. Znają przejście, ale nie znają zaklęcia, które je otwiera. Dlatego tak zależało im na mnie – popatrzyła uważnie na Janusza – i na tobie. Bałam się, że się nie uda, że pamiętnik wpadnie w niewłaściwe ręce – wyciągnęła dłoń przed siebie.
Janusz wyciągnął notatnik z torby i przyglądał mu się uważnie przez chwilę.
– Wskazówki… – powiedział, na wpół do siebie. – Ale co one wskazują?
Zaśmiała się nagle.
– Mówią, jak obudzić magię miasta, jakie miejsca odwiedzić, by otworzyć przejście – wzięła pamiętnik w drobną dłoń. – Przejście do innego świata.
Podniosła się, machnęła najpierw jedną stopą, potem drugą, strząsając kropelki wody, po czym zaczęła wiązać sandały. Janusz zauważył, że na przegubie błyszczała miedziana bransoletka, przedstawiająca smoki. Przełknął ślinę.
– A czy… – zawahał się na moment. – Czy ja również mógłbym z tobą pójść?
Spojrzała na niego zaskoczona, jednak po chwili uśmiechnęła się lekko – mogła się spodziewać, że kogoś, kto uwierzył słowom zapisanym w pamiętniku, zafascynuje wizja innego świata.
– Stamtąd nie ma powrotu – powiedziała poważnie.
– Ty wróciłaś.
Pokręciła głową.
– Jesteśmy teraz w miejscu, gdzie stykają się światy, gdzie cuda się zdarzają. Tutaj można czasem przyjść, zobaczyć Poznań takim, jakim widzą go nieliczni. Ale nie da się wrócić.
Bez powrotu. A przecież są sprawy, które powinien uporządkować – rodzina, znajomi, mieszkanie… Nie oglądaj się za siebie, nie rozliczaj przeszłości, nie żegnaj. Słowa z pamiętnika… Czy naprawdę obchodziło go to wszystko? Przecież i tak zostawia ten świat. Świat, w którym nic go nie trzyma.
– Chodźmy – powiedział po prostu.
Marta uśmiechnęła się. Podała mu rękę i razem przeszli przez drzwi.

maj-wrzesień 2004

Jesienna melodia

Mironowi

Park szeleścił cicho pożółkłymi liśćmi. Niemłody, siwiejący mężczyzna, stał w bezruchu, obserwując gęste chmury płynące leniwie ponad nagimi wierzchołkami drzew. Mówiono o nim „muzyk”, bo ktoś kiedyś widział go w parku z futerałem niedbale przewieszonym przez ramię. Kto inny twierdził, iż starszy pan jest niespełnionym kompozytorem, a jakaś kobieta upierała się, że po prostu lubił słuchać szumiących liści. Nikt jednak nie zaczepiał mężczyzny, który od zawsze spacerował alejkami parku z głową zadartą w górę lub tkwił wpatrzony w jeden punkt. Muzyk również wydawał się cieszyć z samotności, unikając towarzystwa i spojrzeń innych spacerowiczów. Cenił sobie samotność, delikatny śpiew wiatru i rozmyślania, których nic nie zakłócało. Dlatego lubił jesienne popołudnia, kiedy chłód wypędzał z parku tłumy. Wsłuchiwał się w muzykę szumiących liści.
– Skrzypki! – to słowo zabrzmiało dla niego równie okropnie, jak drapanie paznokciami po szybie. Odwrócił się, niemalże czując fizyczny policzek.
Przed betonowym posągiem, przedstawiającym grającą na skrzypcach kobietę, stała mała, na oko sześcioletnia dziewczynka. Wpatrywała się zafascynowana w kruszejący, kamienny instrument.
– Skrzypce – poprawił odruchowo. Nie znosił beztroski, z jaką ludzie używali słów „skrzypki” i „rzępolić”.
Dziecko odwróciło się w stronę, z której dochodził głos – zafalowały brązowe, rozpuszczone włosy, a zadarty nosek celował teraz prosto w twarz muzyka.
– Potrafisz na nich zagrać? – spytała z nadzieją i ufnością. – Tak bardzo chciałabym usłyszeć, jak brzmią…
– Na tych nie – uśmiechnął się niemalże wbrew sobie. Nie lubił dzieci, nie doceniały muzyki, nie potrafiły się w nią wsłuchać. Przyglądał się badawczo małej istotce. Brązowa sukienka wydawała się być w strzępach, brudne rączki momentami nerwowo zaciskały się w piąstki, a jasne oczy patrzyły wyczekująco. Nie wyglądała na kogoś, kto przyszedł na rodzinny spacer. – Gdzie mieszkasz, dziewczynko? – zapytał łagodnie. Być może zgubiła się w parku… – Gdzie są twoi rodzice?
– Daleko – dziewczynka wyraźnie posmutniała. – I nie mogę do nich wrócić.
Mężczyzna skonfundowany próbował sobie przypomnieć, czy słyszał kiedykolwiek o uciekających z domów sześciolatkach. Westchnął… Świat niewątpliwie stawał się coraz gorszy.
– Pokażesz mi, gdzie mieszkasz? – nie rezygnował.
– Tylko, jeśli dla mnie zagrasz.
Uśmiechnął się.
– Zgoda – odparł, choć miał nadzieję, że nie będzie musiał dotrzymywać słowa.
Podbiegła, nagle radosna, jakby ktoś obiecał opowiedzieć jej najcudowniejsze z baśni. Wyglądała jak mały, brązowy ptaszek, skaczący wśród liści. Chwyciła go za rękę i pociągnęła alejką. Szedł, dziwnie się czując, gdy drobna dłoń ściskała mocniej jego palce. Dawno nie miał okazji dotykać drugiego człowieka.
Dziewczynka prowadziła go przez park i zdawała się doskonale wiedzieć, dokąd idzie. Wyszli przez uchyloną bramę i ruszyli wzdłuż ulicy. Zastanawiał się właśnie, czy stare mięśnie wytrzymają dłuższy spacer, gdy nagle jego przewodniczka zatrzymała się pod drzwiami jednej z kamienic. Widok zaniedbanego budynku zaskoczył Muzyka – on również w nim mieszkał! Cóż – niemalże wzruszył ramionami – nie musi zatem martwić się zmęczeniem. Otworzył drzwi i przepuścił dziewczynkę. Może i była młodziutka, ale zasadom dobrego wychowania musiało stać się zadość, przynajmniej w mniemaniu Muzyka.
Ruszyli w górę schodami, które pamiętały czasy jego młodości. Mała skakała swobodnie po stopniach, co chwilę zatrzymując się i spoglądając w dół, jakby sprawdzała, czy starszy pan wciąż idzie za nią. Wreszcie dotarli na poddasze. Mężczyzna chwycił się poręczy, walcząc z zadyszką. Dopiero po chwili uzmysłowił sobie, że dziewczynka zatrzymała się przy wejściu do jednego z dwóch mieszkań – pod jego własnymi drzwiami.
– Tu – powiedziała. – Tu mieszkam.

*

Powiedziała, że ma na imię Irmina. Nie zastanawiał się, czy tak było naprawdę, czy też miał do czynienia z dziecięcą przekorą i fantazją. Od kiedy dziewczynka wprowadziła się do niego, przestał się dziwić czemukolwiek.
Pierwszego wieczoru, po schrupaniu góry ciasteczek migdałowych i wypiciu kubka ciepłego mleka, zwinęła się w kłębek na niewielkiej sofie i zasnęła, przytulona do rogu poduszki. Muzyk nie miał serca jej budzić, przyniósł więc koc i otulił delikatnie dziewczynkę. Rankiem ze snu wyrwał go brzęk talerzy. Gdy, wciąż jeszcze zaspany, doszedł do kuchni, zobaczył Irminę przy kuchennym blacie (sięgała doń dzięki niewielkiemu stołeczkowi), z wielką uwagą smarującą masłem kawałki tostowego chleba.
– Herbata czy mleko? – zapytał, włączając czajnik elektryczny.
– Herbata? – uniosła brwi, zdziwiona. Otworzył więc szufladę, w której trzymał różne gatunki herbat – nie był smakoszem, lecz swego czasu leczył różne dolegliwości ziołami i została mu pokaźna kolekcja.
Irmina dość długo i z uwagą oglądała opakowania, wąchając ich zawartość. W końcu wskazała na trzy różne mieszanki ziołowe. Muzyk, sięgnął po nie, obiecując sobie w duchu nie dziwić się niczemu więcej. A zaparzona z trzech różnych torebek herbata smakowała wspaniałe.
Później zabrał dziewczynkę do domu towarowego i kupił kilka nowych ubranek – brązowa sukieneczka była w opłakanym stanie. Muzyk żył skromnie i uznał, że stać go na ekstrawagancję kupienia czegoś obcemu dziecku. W końcu i tak na nic nie wydawał zaoszczędzonych pieniędzy. Irmina wydawała się być zachwycona kolorowymi fatałaszkami i chętnie się przebrała, jednak nie pozwoliła wyrzucić podartej sukienki. Korzystając z okazji, mężczyzna kupił również gazetę, spodziewając się natrafić w niej na informację o zaginionym dziecku – niczego jednak nie znalazł. Irmina ani słowem nie wspominała o domu, a on nie miał serca zadręczać dziecka pytaniami.

*

Z początku, podczas pierwszych dni, gdy Irmina mieszkała u niego, obawiał się ciekawości sąsiadów i być może plotek, lecz słowo „wnuczka” wypowiedziane mimochodem w pobliskim sklepiku, zdawało się rozwiewać wszelkie wątpliwości – jeśli jakiekolwiek się w ogóle pojawiły.
Dziewczynka żywo interesowała się muzyką – podziwiała kolekcję instrumentów, które jej gospodarz miał w domu i przeglądała niezliczone arkusze nut, dopytując się o znaczenie różnych symboli. Starszy pan śmiał się, wprowadzając ją w muzyczny świat i nie protestował, gdy Irmina domagała się, by zagrał jakiś fragment. Wybierał wtedy jeden z instrumentów lub po prostu siadał do pianina. Potem brał ja na kolana, kładł drobne dłonie na instrumencie i cierpliwie pokazywał, jak powinna grać. Dziewczynka była zachwycona, a on miał nadzieję, że nie pamięta już o umowie – o tym, że miał zagrać dla niej na skrzypcach.
Wieczorami, kiedy nie chciał już dręczyć sąsiadów muzyką, siadywał w fotelu i opowiadał różne historie, podczas gdy Irmina słuchała zafascynowana, lub po prostu patrzył, jak leży na miękkim dywanie i rysuje kredkami kolorowe nuty i pięciolinie. Czas płynął spokojnie, a Muzyk po raz pierwszy od bardzo dawna czuł, że jego życie ma sens. Co więcej – że jest naprawdę szczęśliwy.

*

Pewnego poranka nie obudził go znajomy hałas w kuchni. Podniósł się szybko i ubrawszy szlafrok, wyszedł do pokoju. Sofa, na której sypiała Irmina, wciąż przykryta była zmiętoszoną pościelą, jednak dziewczynka już nie spała. Znalazł ją chwilę później, siedzącą nieruchomo na podłodze w niewielkim schowku. Podszedł bliżej, domyślając się już, co znalazła.
Otwarty futerał leżał obok Irminy, która patrzyła zachwycona na ciemne, czerwonawe drewno, na smukły gryf, na milczące struny.
– Są piękne… – wyszeptała, na wpół do siebie. Potem spojrzała na Muzyka. – Zagraj coś – poprosiła.
Niechętnie wziął instrument do ręki – wiedział, że powinien dotrzymać słowa, jednak nie grał na skrzypcach od tak dawna… Spojrzał niepewnie na Irminę. Dziewczynka poderwała się nagle i pobiegła w kierunku sofy. Po chwili wróciła, niosąc blok rysunkowy. Otworzyła go na jednej ze stron i wskazała na kolorowe nuty, po czym usiadła na podłodze, patrząc wyczekująco.
– Zagraj to, zagraj moje.
Roześmiał się nagle, zastanawiając, jak będzie brzmiał utwór „skomponowany” przez sześciolatkę. Przyłożył smyczek do strun i pociągnął delikatnie, wydobywając dźwięki dyktowane przez wielobarwne nuty. Zaskoczony stwierdził, iż układają się w melodię – prostą, lecz ładną i gdyby dodać kilka ozdobników, przedłużyć niektóre dźwięki i… Przestał grać w momencie, gdy muzyka miała go porwać. Irmina patrzyła na niego zawiedziona.
– Nie potrafię już grać – szepnął przepraszająco.
– Dlaczego? – dziewczynka patrzyła ze smutkiem, lecz w jej głosie brzmiało zatroskanie.
Westchnął ciężko, siadając na podłodze tuż obok. Patrzył na instrument.
– Każde skrzypce mają wewnątrz „duszę” – powiedział, wodząc palcem po lakierowanym drewnie. Irmina słuchała z uwagą. – To ona sprawia, że można na nich grać i dlatego należy tak delikatnie i uważnie obchodzić się z nimi. Jeśli dusza wypadnie lub choćby przesunie się odrobinę, nie wydadzą już żadnego dźwięku – umilkł na chwilę. – Ja jestem takimi skrzypcami, z których wypadła dusza. Nie potrafię już grać i tworzyć muzyki. Potrafię zagrać z nut, ale te melodie ugrzęzną gdzieś między papierem a skrzypcami. Nie będę umiał ich ożywić.
Irmina spojrzała na niego uważnie.
– Nauczysz się znowu, zobaczysz. Pomogę ci.

*

Odtąd futerał ze skrzypcami nie leżał już w schowku, lecz na niewielkim stoliku pod pochyłą ścianą. Niepisana umowa, jaką zawarli, mówiła o jednym utworze dziennie – zazwyczaj wybierała Irmina, na chybił trafił wyciągając nuty z olbrzymiego stosu papierów. Czasem jednak Muzyk decydował i grał coś z czasów swojej młodości. Wtedy rzadko dogrywał utwór do końca, w połowie przerywając z cichym westchnieniem. Odnosił wtedy skrzypce do futerału, odprowadzany smutnym spojrzeniem dziewczynki.
Zdecydowanie bardziej lubił lekcje gry na flecie, których udzielał Irminie – była niewątpliwie pojętna i szybko opanowała podstawy, więc wkrótce „lekcje” zmieniły się w próby zagrania prostszych utworów. Nie była to żadna wielka muzyka, lecz wspólne starania sprawiały im obojgu wiele radości.
Czas płynął, opadły ostatnie liście, a październik zamienił się w listopad. Muzyk zamyślony obserwował jesienną szarugę, zastanawiając się, kiedy spadnie pierwszy śnieg. Od czasu do czasu pozwalał myślom wędrować ku Irminie – wciąż nie mógł odgadnąć, kim była dziewczynka i dlaczego bez pytania zajęła tak ważne miejsce w jego życiu. Wertował gazety w poszukiwaniu ogłoszeń o zaginionych, niekiedy nawet słuchał radia, ale wciąż nie było żadnych informacji. Rozważał, czy nie powinien pójść na policję, lecz nie potrafił się zmusić – skoro Irmina nie tęskniła za domem i dobrze się jej żyło w mieszkaniu na poddaszu, to może należało pozostawić sprawy ich własnemu biegowi? Poza tym nie uśmiechało mu się tłumaczenie, dlaczego zgłasza się dopiero po dwóch miesiącach. Ilekroć rozmyślał nad rozwiązaniem, dochodził do wniosku, że nie warto nic robić.

*

Pewnego listopadowego popołudnia, gdy słońce pierwszy raz od bardzo dawna przebiło się przez zbitą masę chmur, Irmina namówiła Muzyka na spacer. Poszli do parku, w którym spotkali się po raz pierwszy. Skrzypce ciążyły mężczyźnie, lecz uśmiechał się, ilekroć poprawiał futerał przewieszony przez ramię. „Musisz je wziąć! Co będzie, jak w parku nabierzemy ochoty na granie?” – mówiła, gdy wychodzili, a Muzykowi przypomniały się lata młodości – wtedy nosił ze sobą skrzypce, dokądkolwiek szedł. „Przecież nigdy nie wiem, czy będę grał” – tłumaczył wtedy i słowa dziewczynki brzmiały jak odległe echo z przeszłości.
Spacerowali alejkami wyludnionego parku, Irmina podrzucała do góry liście i śmiała się, gdy opadały szeleszczącą kaskadą. Muzyk zauważył, że założyła brązową sukienkę, którą nosiła podczas pierwszego spotkania i złe przeczucie ścisnęło mu serce. Tymczasem dziewczynka wbiegła na niewielką, osłoniętą drzewami polankę i wdrapała się na kamienny cokół – pozostałość po jakiejś rzeźbie. Wyciągnęła flet i zaczęła grać, co chwilę zerkając, czy Muzyk zamierza się do niej przyłączyć. Starszy pan podszedł spokojnie i ułożył futerał na cokole. Po chwili po parku rozniosły się dźwięki muzyki i wesoły śmiech.
Gdy skończyli, Irmina spojrzała na niego.
– Muszę wracać do domu – powiedziała po prostu.
Westchnął. Nie przychodziło mu do głowy nic, co mógłby powiedzieć. Dziewczynka uśmiechnęła się łagodnie.
– Zagraj coś dla mnie – poprosiła.
Muzyk podniósł skrzypce. Wiedział już, co zagra – Niguna, melodię klezmerską – nastrojową, liryczną… Jego ulubioną, z czasów młodości. Przyłożył smyczek do strun i zawahał się, jakby wciąż niepewny siebie. A potem zagrał. Dźwięki płynęły swobodnie, odbijając jego smutek i sprawiając, że Nigun brzmiał naprawdę melancholijnie. Doskonale wpasowywał się w tło nagich drzew i brązowych liści pod stopami. Jednak mimo całego smutku, jaki czuł, Muzyk nie mógł oprzeć się radości, czerpanej z gry po raz pierwszy od bardzo dawna. Muzyka przenikała go, pozwalając wyrazić siebie, przynosząc oczyszczenie stłumionych emocji. Kątem oka zauważył, że Irmina nie siedzi już na postumencie. Leżał tam tylko jej płaszczyk i czarny futerał na skrzypce. Mężczyzna nie przerywał jednak gry, nie zastanawiając się, czy dziewczynka odeszła już, czy też zniknęła tylko na moment. Nigun był jego pożegnaniem, wszystkim, czego nie potrafił wyrazić za pomocą słów – nie mógł więc przerwać. Dopiero po chwili zauważył, iż na ciemnozielonym płaszczu siedzi niewielki ptaszek o brązowym upierzeniu. Uśmiechnął się lekko, gdy mały dzióbek zatrząsł się nagle, jakby potakiwał. Muzyka płynęła przez opustoszały park. Muzyk grał, a skrzypce płakały w jego ramionach.

*

Gdy wiosną ktoś zobaczył starszego pana spacerującego po parku, zdziwił się, widząc ciemny kształt ciążący mu na ramieniu. Sąsiadki wymieniały spojrzenia – „A nie mówiłam? To jednak muzyk”. A mężczyzna jak zwykle nie zwracał na nikogo uwagi, przechadzając się szerokimi alejkami. Wokół wszystko rozkwitało, wyciągając swe pąki i liście ku słońcu. Jednak tym razem Muzyk nie zamarł w bezruchu, by wpatrywać się w korony drzew, lecz poszedł na niewielką polankę. Tam, położywszy futerał na kamiennym cokole, wyjął zeń skrzypce. Stroił je przez chwilę, upewniając się, czy wszystko w porządku, a potem – nie zawahawszy się nawet przez moment – zaczął grać. Przechodnie zatrzymywali się, by  posłuchać, czasem ktoś przysiadał na pobliskiej ławce, nie chcąc stracić nawet chwili z niespodziewanego koncertu. Mało kto przechodził obojętnie, bo muzyka była piękna, a wplecione w melodię emocje sprawiały, iż poruszała do głębi.
Gdy tylko pogoda pozwalała, Muzyk przychodził do parku. Można było zobaczyć, jak grał na niewielkiej polance, otoczony grupką dzieci. Gdy skrzypce milkły, park wypełniał radosny śmiech maluchów, którym starszy pan opowiadał zabawne historie związane z muzyką. Niekiedy przynosił jeszcze inne instrumenty, opisując ich działanie i pozwalając odważnym spróbować gry. Czasem tylko, po staremu, wpatrywał się w zielone liście i wtedy wokół zapadała cisza, a dzieci przypatrywały się z uwagą. Tymczasem on uśmiechał się lekko, dostrzegając wśród konarów małego, brązowego ptaszka, po czym odwracał głowę w kierunku słuchaczy i zaskakiwał ich kolejną zabawną historią.

19-20.VIII.2004