„Pokonać Morze” w Science-Fiction Fantasy i Horror 65

Do sprzedaży trafił właśnie sześćdziesiąty piąty numer Science Fiction Fantasy i Horror, w którym można przeczytać moje opowiadanie – „Pokonać Morze”. Serdecznie zapraszam do lektury!

Chlupotka

Morgasi

Powiedzieć, że mężczyzna był żabiooki to za mało, o wiele za mało. Równie dobrze paszczę smoka można by nazywać „słodkim pyszczusiem”, bowiem siedzący w chacie sołtysa osobnik wyglądał dokładnie jak żaba. Mięsiste wargi dzieliły na pół niekształtną głowę, z której – niczym wisienki z tortu – wystawały wodniste oczka. Połączone błoną palce niecierpliwie bębniły o stół podczas gdy żabszczyzna spoglądał na gospodarza.
– I tak się wam upiekło, panie Królewicz – rzekł chłop. – Wiedźma widać nie najlepiej radzi sobie z klątwami, inaczej byście na stole, a nie przy stole siedzieli.
– Dzięki temu wasze przyrodzenie też jest bezpieczne, choć zastanawiam się, czy da się bardziej zmniejszyć – odgryzł się żabol.
Sołtys prychnął tylko i machnął ręką, że niby nie złośliwości mu w głowie – dobry sposób, gdy nie jest się dość bystrym na błyskotliwą ripostę. Taki to już jest niesprawiedliwy los, że jednym daje mózg, co prawda w żabiej oprawie, a innym ledwie sołtysią czapkę. Choć akurat za płazi wygląd Alberta Królewicza nie odpowiadał akurat los, a kto inny.
– Poswarzyć możemy się później – stwierdził sołtys. – Ważniejsze, że obu nam nie w smak wiedźmowanie. Moglibyśmy tedy połączyć siły i pozbyć się problemu. Wy mi, panie Królewicz, przyniesiecie coś z wiedźmiej chaty, a ja wam zdradzę, jak wiedźmi urok odczynić.
Żabczyk prychnął.
– O pocałunku krasnej dziewki to wiem, więc lepiej, abyście inny sposób mieli – burknął, z trudem kryjąc rozgoryczenie. Nie raz i nie dwa próbował znaleźć chętną pannę, ale żadna nie chciała całować kogoś o wyglądzie przerośniętej ropuchy. Nie godziły się ani z litości, ani za pieniądze, których zresztą Albert nie miał zbyt wiele. Nawet Chętka, o której mówiono, że za byle grosz fiknie na siano, odęła tylko wargi i mruknęła coś o zarażaniu się brodawkami.
Sołtys przyjrzał się mu uważnie, jakby potrafił odczytać myśli Królewicza.
– A gdyby tak dziewka się znalazła? Chętna i wyrozumiała? – zagaił. – Taka, co wiecie, chętniej w serce będzie patrzyć niźli w te wasze ślepia.
Żabak pochylił się nad stołem, oczy z nieprzyjemnym pluskiem zawirowały i skupiły się na chłopie – przypominało to nieco atak zeza.
– Mówcie więc…

*

Chlupotka, wiedźma wiosennych roztopów, była niezadowolona. Minął tydzień od przesilenia, a nieba wciąż sypało się białe obrzydlistwo zamiast przyzwoitego deszczu. Paskudztwo topniało co prawda szybko, ale powstałe w ten sposób błoto było o wiele gorszej jakości. Chlupotka klęła pod nosem wyobrażając sobie, że podobna tandeta w ogóle nie będzie trzymała się butów i odpadnie najdalej po upływie miesiąca.
Powiał wiatr, plącząc wokół nóg falbany poszarpanych spódnic i jeszcze bardziej psując wiedźmi humor.
– Przydałbyś się na coś – mruknęła niezadowolona. – Chmury przegonił albo co.
Wietrzysko zawyło w uszach, pchnęło w oczy płatki śniegu – zbyt gęstego, by można go uznać za nieistotny. Chlupotka zatupała gniewnie w błocie, złorzecząc całemu światu, a potem zrezygnowana podreptała do chaty w lesie – wśród drzew przynajmniej tak nie wiało. Wyliczała w myślach listę rzeczy, które pozostały do zrobienia, a każdy z punktów odhaczała gniewnym uderzeniem obcasa. Błoto pośniegowe przyjemnie chlupotało, wtórując bulgoczącej w wiedźmie złości: kto by pomyślał, że chatce na kurzej nóżce zamarzą się wiosenne spacery – w dodatku przez bagniska i podmokłe łąki! Teraz trzeba będzie zeskrobać szlam, błoto, a potem pozbyć się zapachu krowiego łajna. I to wszystko metodami tradycyjnymi, bo miotła Chlupotki obraziła się ciężko już ostatnim razem, gdy przyszło jej wykonywać niewdzięczne, domowe obowiązki. Wiedźma dobrze pamiętała, że dopiero zbieranie wierzbowych witek na nowy środek transportu sprawiło, że niewdzięczna zamiatajka przestała się boczyć w kącie. Złość bulgotnęła jakby bardziej, niebezpiecznie zbliżając się do głowy – a gdy Chlupotka była wściekła, sypała klątwami na lewo i prawo. Potem całymi dniami musiała wysłuchiwać pretensji pokrzywdzonych wieśniaków, co oczywiście znów psuło jej humor. Gdyby nie to, że wiedźma nie zniżyłaby się do czynności gospodarskich (poza, rzecz jasna, zupełnie niezbędnymi, jak suszenie ziół, mieszanie w kociołku, no i w ostateczności sprzątanie), to przegnałaby chłopów za siedem gór – ale ktoś musiał jej dostarczać produktów żywnościowych, które na drzewach nie rosły. Zresztą nawet gdyby rosły, zawsze potrzebni byli ludzie, żeby je zebrać, prawda? Chlupotka fuknęła, wciąż jeszcze niezadowolona, ale wyraźnie pocieszona wizją, w której ona, pani na leśnych włościach, przyjmuje dary od swoich poddanych. A że oczekiwali w zamian napoju miłosnego albo uroku? Przecież to właśnie wiedźmy robią, więc krzywda się jej nie działa. Może życie wcale nie było takie złe – żeby jeszcze tylko śnieg przestał padać…

*

Gdyby mógł, Albert Królewicz zgrzytałby zębami. Miał wrażenie, że sołtys zwyczajnie wysługuje się nim, a przy okazji bawi się setnie.
– „Musisz stać się niewidoczny” – mamrotał pod nosem żabuch, umiejętnie imitując głos chłopa. – „Stopić się z otoczeniem, żeby bystre oczy wiedźmy cię nie wypatrzyły”.
Tak właśnie mówił, drań jeden. I przekonywał, że Albert, Albert Królewicz!, musi utaplać się w błocie, a potem wytarzać w igłach sosnowych i zbutwiałych liściach. „Już ja mu dam kamuflaż” – myślał żabik, przeżuwając robaka i kawałki kory, które przylepiły się do języka. Czekając na okazję uprzyjemniał sobie czas rozmyślaniem o zemście na butnym chłopie. Zresztą, wiedźmie też się dostanie, a co! Popamiętają go, a jakże – bo z Królewiczem się nie zadziera.
Wokół chatki na kurzej nóżce było cicho. Czyżby paskuda spała, zmęczona rzucaniem klątw? A może tylko czaiła się, czekając na kolejną bezbronną ofiarę, która przyjdzie poprosić grzecznie o eliksir miłosny – Albert aż sapnął na wspomnienie własnej przygody. Wprawdzie gdzieś na dnie duszy nieśmiało popiskiwało sumienie i usiłowało przekonać Królewicza, że prośba może niekoniecznie należała do uprzejmych, a rzucania klątw nie zaczęła wiedźma. Ona po prostu była bardziej skuteczna w przeklinaniu. „Nieważne” – pomyślał żabczewicz. Zwracanie uwagi na szczegóły nigdy nie należało do jego mocnych stron.
Zresztą z tego właśnie powodu o mało co nie przeoczył wiedźmy wracającej do domu.
Na widok olbrzymich butów z zakręconymi noskami, które przechlupotały niemalże po wyciągniętych wśród błota dłoniach Albert drgnął ze strachu. Zaraz potem zamarł, gdy uświadomił sobie, co zrobi paskuda, jeśli zauważy go w okolicy chatki. Królewicz dobrze pamiętał, że ostatnio niewiele brakowało, by zamiast klątwą wiedźma rzuciła olbrzymim tasakiem. Po raz pierwszy zaczął się zastanawiać, czy wygląd na pewno jest najważniejszą rzeczą w życiu i przypominać sobie, jak nauczyciele powiadali, że to nie szata zdobi człowieka. Cóż, brodawki i wyłupiaste oczka też nie zdobiły.
Trzeba zaryzykować, chwytać okazję – i dzwonek, po który wysłał go sołtys. Dzwonek… Być może to obraz dźwięczącego przedmiotu sprawił, że w głowie Alberta też zaczęło coś dzwonić. Bo po co chłopu zwykły, krowi dzwonek? Jakby krasule pasące się na łące nie miały podobnych. „Musem to jakiś arcyumagiczniony artefakt” – zdecydował Królewicz. – „Potężna relikwia, którą wiedźma podstępem wykradła”. Wiadomo, podobny przedmiot należy czarownicy odebrać, nie powinna go dotykać krzywymi paluchami i używać do obmierzłych celów (takich, jak zmienianie ludzi w żaby). Ale żeby zaraz oddawać go chłopu? Przecie zgubi albo popsuje, albo – jeszcze gorzej! – całą magię zużyje na użyźnianie pól albo sprzątanie obory. Albert aż zadrżał na myśl, że artefakt mogący zdjąć klątwę zostałby użyty w tak plebejskich celach i postanowił, że zanim dogada się z chłopem, sam wypróbuje możliwości dzwonka. Kto wie, może sołtysowa córka wcale nie będzie potrzebna…

*

Chlupotka skrzywiła się nieznacznie, gdy poczuła znajomą magię. Własną magię. Nie rozglądała się za bardzo, by nie wzbudzać podejrzeń – zresztą nie musiała. Głowę by dała… no nie, głowy to nie, była jej potrzebna, ale kociołek by już mogła, że w pobliżu czaił się ktoś, kto całkiem niedawno miał do czynienia z wiedźmią klątwą. Przebiegła w myślach listę ostatnich ofiar, ale nikt nie wydawał się jej na tyle głupi, by ryzykować ponowne spotkanie.
Powoli wspięła się po schodkach prowadzących na ganek i weszła do domu. Miała nadzieję, że głośne trzaśnięcie drzwiami wywołało dreszcz na plecach nieproszonego gościa. Pocieszającą wydała się jej myśl, że jeśli intruz nie zmądrzeje i nie wykorzysta okazji, by wynieść się jak najdalej, to już wkrótce wiedźma będzie miała na kim odreagować zły humor.
Krótkie gwizdnięcie przywołało miotłę – stała teraz przed Chlupotką, która z żalem powiesiła kapelusz na końcu kija.
– Tylko go nie upaskudź – mruknęła z niechęcią patrząc, jak miotła zmienia się nagle w kopię wiedźmy. Nawet błoto na butach układało się w identyczne wzory. – I nie leź za daleko, będę cię pewnie potrzebować.
A potem Miotłotka wymaszerowała z chatki. Wiedźma poczuła się wyjątkowo zadowolona z iluzji, gdy usłyszała, jak błoto chlupocze pod naciskiem butów. Pozwoliła, by drzwi zatrzasnęły się delikatnie – jakby same z siebie i rozejrzała się. Trzeba było się ukryć.

*

Albert patrzył podekscytowany, jak wiedźma wychodzi z chaty i znika w lesie. Zapomniał o zimnym błocie, w którym przyszło mu leżeć i o sosnowych igłach wpijających się w skórę. Teraz, teraz miał szansę! Poderwał się i w podskokach ruszył w kierunku chatki. Jakież było jego zdziwienie, gdy kurza nóżka ożyła nagle i okręciła się wokół własnej osi, uniemożliwiając wejście do środka.
– Zatrzymaj się, cholero jedna! – sapał, gdy złośliwa chatka przegoniła go po całej polance. – Bodajbyś zbutwiała. I połamała sobie pazury – wyrzekał patrząc, jak kurza nóżka podskakuje radośnie. – Stój, mówię! Leżeć, chałupo!
Umilkł nagle, gdy uświadomił sobie, że krzyki mogą zwabić wiedźmę z powrotem. Może wcale nie odeszła daleko?
– Zatrzymaj się. Proszę… – wyszeptał płaczliwie, rozglądając się na boki.
Chatka zamarła nagle, tuż przed nim. W pierwszym odruchu chciał powiedzieć „dziękuję”, ale opamiętał się szybko i wbiegł po schodkach, by tuż przy drzwiach zwolnić nagle i zatrzymać wpół gestu dłoń, która już sięgała ku klamce.
– Głupie przesądy – mruknął, próbując dodać sobie odwagi, jednak zielone, połączone błoną palce przeczyły słowom, nie chcąc się poruszyć.
I byłby tak stał do wieczora, gdyby nie przypomniał sobie o wiedźmie. Mogła przecież wrócić w każdej chwili – a lepiej, żeby wtedy Alberta już w chatce nie było. Nie zastanawiając się dłużej Królewicz pchnął drzwi i wszedł do środka, już od progu czując zapach nieznanych ziół. W zalegającym w środku półmroku wszystko wyglądało dziwnie złowieszczo – jakby każdy mebel i przedmiot miał za chwilę zmienić się w potwora. Kociołek przypominał pękatego kobolda, rośliny suszące się pod powałą wyglądały niemalże jak nietoperze, a dzwonek na kominku… Zaraz, dzwonek? Królewicz rzucił się ku niemu, potykając się po drodze o niewielki zydel. Gdy tylko żabie paluchy zacisnęły się na przedmiocie, Albert skakał już w kierunku drzwi i dalej, po schodkach w dół. Uciekając przez las żabuch nie mógł słyszeć śmiechu wiedźmy, która ukrywała się w cieniu kredensu.

*

A więc dzwonek… To nie mógł być pomysł przybłędy, Chlupotka wiedziała, że butny panicz, który kilka dni wcześniej zawitał do chatki, nie miał pojęcia ani o wiedźmach, ani o ich magii. Poza tym był zbyt przestraszony, by z własnej woli ryzykować potajemny powrót. I zbyt pyszny, by wrócić na kolanach przepraszając i błagając o zdjęcie klątwy. Chlupotka uśmiechnęła się krzywo.
– No to znalazłeś sobie ofiarę – powiedziała, a potem gwizdnęła na miotłę. Mogła się domyślić, że sołtys w końcu spróbuje jakiejś sztuczki. Tchórzliwy chłop nie ryzykowałby sam, ale przecież mógł wyręczyć się kimś, kto również miał zatarg z wiedźmą.
Miotła wróciła akurat wtedy, gdy Chlupotka wychodziła przed chatkę. Kapelusz ponownie spoczął na czarnych włosach, a zamiatajka wróciła na swoje miejsce – do kąta przy wiadrze. Wiedźma usiadła i łuskając nasiona słonecznika, który pozostał jej jeszcze z ostatniego lata, obserwowała gromadzące się chmury. Spodziewała się, że Albert nie wytrzyma i skorzysta z mocy dzwonka. Nie mógł wiedzieć, że sołtysowi nie chodziło o użycie przedmiotu – wręcz przeciwnie, zmyślny chłop zamierzał pewnie pozbyć się go raz na zawsze, albo chociaż ukryć w bezpiecznym miejscu.
– Trzeba było przyjść osobiście – zachichotała uratowana wiedźma, gdy pierwsze kuleczki gradu zaczęły chłostać polankę. A tam, gdzie stał Królewicz, musiało padać jeszcze mocniej.
Chlupotka wyciągnęła nogi na schodkach, kolejny raz ciesząc się z zadaszenia nad gankiem. Właściwie mogłaby zająć się czym innym, bo gradobicie nie ustanie przed wieczorem, ale chciała nasycić oczy widokiem. Chociaż właściwie… Poprawiła kapelusz na głowie i wyszła na polankę. Białe kuleczki uderzały o sztywny materiał ronda, ale poza tym nie czyniły wiedźmie krzywdy.
Drogę przez las Chlupotka umilała sobie zastanawiając się, jaki kolor mogą przybrać siniaki na żabiej skórze. Miała wrażenie, że dzień kończy się o wiele lepiej, niż się zaczął. W końcu grad to nie obrzydliwie puszysty i mokry śnieg, a wiatr może, rozwiewając magicznie przywołane chmury, przegoni również te zwyczajne. No i zemsta. Królewicz ma nauczkę, ale będzie przecież trzeba utrzeć nosa sołtysowi… Dla bezczelnego chłopa zaplanuje coś specjalnego – żeby na długo zapamiętał, komu nie należy wchodzić w drogę.
Na skraju lasu, tam gdzie drzewa ustępowały łące, leżał nieprzytomny żabert. Wiedźma pochyliła się i wyjęła dzwonek z zaciśniętej dłoni.
– Oj, oj, oj – powiedziała, cmokając z dezaprobatą. – Ja ci na rękę idę, w prawdziwą żabę nie zmieniam, a ty mnie okradasz? – Nie przeszkadzało jej, że Królewicz jest nieprzytomny. Tak było nawet lepiej, przynajmniej się nie ciskał, ani nie błagał o litość.
Wiedźma wymruczała kilka zaklęć i ciało biednego Alberta zaczęło się kurczyć. Już po chwili w błocie leżało coś, co przypominało rozjechaną przez powóz żabę. Chlupotka z trudem oparła się pokusie, by nadepnąć gada – szkoda byłoby znów czyścić buty, a przecież los złodzieja był już policzony. Wiedźma dobrze pamiętała, że bociany uwielbiały podmokłe łąki wokół wioski.
– Smacznego – powiedziała, zanim odwróciła się w stronę lasu.
Wracała do domu, a błoto chlupotało radośnie pod butami.