Śnieg

– Sebastien, Sebastien! – dziecięcy głos niósł się przez całe slumsy Rio de Janeiro. Siedmioletnia dziewczynka stała w jednej z ciasnych uliczek i – przyłożywszy dłonie do ust – krzyczała, ile sił w płucach.
W niedzielne, parne popołudnie, życie w mieście zamierało i nawet mieszkańcy dzielnicy biedoty chowali się w cieniu zrujnowanych kamienic i chatek niedbale skleconych z falistej blachy. Tylko dzieci nic nie robiły sobie z upału, więc gdy słońce stawało wysoko na niebie, slumsy należały do nich.
– Sebastien! – wołała dziewczynka, wpatrując się w jedno z okien na wpół zawalonego budynku. – Wyjdźże wreszcie!
Gdzieś z cienia, rzucanego przez wielką stertę gruzu i śmieci, dobiegł ją pełen irytacji, chrapliwy głos. Odjęła na chwilę dłonie od ust i, przestraszona, zerknęła na żebraka, który złorzeczył jej pod nosem. Jednak kiedy nawoływanie ustało, przewrócił się na drugi bok i ponownie zapadł w pijacki sen. Dziewczynka, uspokojona, ponownie spojrzała na okno i wrzasnęła.
– Sebaaaaaastien!
Uśmiechnęła się z pełną złośliwości satysfakcją, słysząc zza pleców kolejną wiązkę przekleństw. Wiedziała, że stary Concho jest zbyt pijany, by podnieść się z legowiska i spróbować ją złapać.
– Idę, idę, nie musisz tak krzyczeć, chica – odpowiedział ktoś ukryty w cieniu bramy.
Sebastien wyszedł na zewnątrz i natychmiast zmrużył oczy, oślepiony przez słońce. Uniósł ramię nad głowę i po omacku zbliżył się do dziewczynki.
– Nie musiałabym tyle krzyczeć, gdybyś wyszedł wcześniej – wydęła policzki, co nadało chudej twarzy komiczny wygląd.
Wzruszył ramionami.
– Fernando i inni juz czekają – powiedziała i pociągnęła go uliczkami slumsów.
Sebastien nie opierał się zbytnio – Fernando był przywódcą grupy i należał się mu szacunek. Rezolutny dziewięciolatek nie był silniejszy od innych, przerośnięty Pablo bez trudu pobiłby go w walce, jednak tylko on potrafił się wkupić w łaski starszych, kilkunastoletnich chłopców, którzy – opłacani niedopalonymi papierosami, kolorowymi kapslami i, od czasu do czasu, odrobiną wina, które matka Sebastiena robiła z na wpół zgniłych owoców – zostawiali w spokoju „bandę Fernanda”, jak nazywano dzieci trzymające z przedsiębiorczym malcem.
Oprócz Pabla w grupie był jeszcze Antonio – jedyny w slumsach chłopak o włosach barwy słomy i Mercedes, której nikt nie nazywał po imieniu. Bo kto by się przejmował jakąś głupią dziewczyną? Właśnie tak na nią wołali, chica – dziewczyna, i tolerowali w bandzie tylko dlatego, że bywała użyteczna. Kiedy nikomu nie chciało się czegoś zrobić, wysyłali chicę – a ona, chcąc zapracować na akceptację grupy, bez słowa protestu wykonywała każdy rozkaz.
Gdy biegli wąskimi uliczkami, Sebastien uśmiechnął się do niej. Może i była głupią dziewczyną, ale bardzo ją lubił i widział, jak stara się, by nie odstawać od reszty. Nigdy też nie płakała, co w oczach chłopca urastało do nie lada zalety – wielokrotnie budził się w nocy, słysząc płacz młodszej siostry. Matka, wiecznie pijana, nie zajmowała się dziećmi i malutka Pola wydzierała się nierzadko i pół nocy, jeśli Sebastienowi nie chciało się do niej wstać.
Zwolnił, widząc, że dziewczynka nie nadąża.
– Odpocznijmy trochę – powiedział. – Fernando i tak nie ruszy się nigdzie w ten upał.
Mercedes uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Odruchowo wsunęła za ucho czarne kosmyki, które wysunęły się z warkocza. Zamiast wstążki, na końcu zamotała kawałek brudnego gałganka. Zeszli po kamiennych, rozpadających się schodkach. Sebastien zerknął na dziewczynkę, przypominając sobie, jakiej scenie świadkowało mijane właśnie miejsce, jednak ona zachowywała kamienną twarz, a śniada skóra kryła rumieniec – jeśli się pojawił.
Chłopiec przypomniał sobie opowieści, powtarzane, gdy Mercedes nie było w pobliżu. Podobno jej tata był bardzo bogaty i miał wielki dom, choć niektórzy uważali, że to tylko bajki. Niewątpliwie, jakiś czas temu do slumsów przyjechał dobrze ubrany mężczyzna i wypytywał o matkę Mercedes. W kłębowisku szmat i kartonów znalazł jedynie zielonooką dziewczynkę, która patrzyła na niego z mieszaniną strachu i ciekawości – w slumsach każde dziecko marzyło o dniu, w którym przyjdzie ktoś, kto otworzy przejście do lepszego, piękniejszego świata – gdzieś, poza dzielnicą biedoty. Sebastien nie dziwił się więc małej, która posłusznie poszła za mężczyzną. Bogaty pan prowadził ją zrujnowanymi uliczkami, odprowadzany przez liczne spojrzenia mieszkańców, którzy zastanawiali się, czy Bonita posunęła się do tego, by sprzedać własną córkę.
Słyszał plotki, że nie zawsze przybycie bogacza było przepustką do lepszego świata, lecz nie potrafił dać wiary starym, zrzędliwym kobietom – czasem myślał, że po prostu zazdroszczą tym, którym udało się wyrwać. Spojrzał jeszcze raz na Mercedes i poczuł, że naprawdę jej współczuje.
Ludzie mówili, że niedaleko schodów stał srebrny samochód, którego pilnował rosły murzyn – a matka Mercedes dopadła ich tuż przed drzwiami. Podobno zaczęła histerycznie krzyczeć i wygrażać mężczyźnie, zarzucając, że zabrał jej już wszystko – ale córki nie zdoła odebrać. Mężczyzna próbował chronić dziewczynkę przed brudnymi rękoma matki, lecz Bonita dopadła dziecka i oplotła ramionami. Ludzie mówili, że wyglądała niczym jeden z demonów, które nocą wychodziły na łowy. Bogaty pan nie zdołał odebrać Mercedes kobiecie, wsiadł więc do samochodu i odjechał. Złośliwi szeptali, że poczuł obrzydzenie, gdy zobaczył, w jakiego potwora zmieniła się jego dawna kochanka – Sebastien nie mógł się nie zgodzić z podobnymi plotkami, gdyż Bonita znacznie zbrzydła w przeciągu ostatnich lat. Zresztą najważniejsze było, że mężczyzna nie przyjechał już więcej. Mercedes została w slumsach.
„O kilka kroków od lepszego świata” – pomyślał. – „Ciekawe, jak musiała się czuć…”. Nigdy jednak nie odważył się zapytać – pewnych ran nie należało rozdrapywać. Poza tym – była w końcu tylko głupią dziewczyną, kto by się przejmował, co czuje jakaś chica?
Przyspieszył, Mercedes również – Fernando czekał niedaleko i warto było przekonać go, że całą drogę biegli.
Na miejsce zbiórki dotarli zdyszani, lecz pozostali nawet nie zwrócili na nich uwagi. Siedzieli w cieniu zrujnowanej kamienicy, pochylając się nad tajemniczym przedmiotem, który leżał na dłoni Fernanda. Sebastien i Mercedes podeszli bliżej. Pablo i Antonio rozsunęli się trochę i oczom dzieci ukazała się niewielka szklana kula, a w niej mały domek. Wokół wirowały drobinki czegoś białego – papieru? Stali, oboje zafascynowani magią czystej bieli, unoszącej się wokół domku.
– Co to jest? – wyszeptał Sebastien, nie mogąc oderwać oczu od kuli.
– Śnieg – odparł Fernando tonem, który mówił „przecież to oczywiste”. – Ojciec Fierro mi powiedział, że śnieg to jest taki bardzo zimny deszcz, który pada w dalekich krajach. Nie robi kałuż, tylko się zbiera i jest bardzo puszysty. I biały jak skrzydła aniołów.
Dzieci westchnęły zachwycone.
– Chciałbym dotknąć śniegu – wyszeptał Sebastien, który wciąż wpatrywał się w płatki, wirujące wewnątrz szklanej kuli. Wydawało się, że nie dostrzega pozostałych dzieci.
Fernando spojrzał na drugiego chłopca, gotów go wykpić, lecz nie potrafił otworzyć ust. Przecież wszyscy chcieli zobaczyć śnieg, dotknąć go… Położył ostrożnie kulę na wielkim kamieniu – tak, by każdy, kto chciał się przyglądać, widział ją wyraźnie. Potem odsunął się odrobinę, robiąc miejsce innym. Pozostali pochylili się nad przedmiotem.
Wkrótce, Pablo i Antonio, znudzeni oglądaniem, przysiedli się do Fernanda, a niedługo później dołączyła do nich i Mercedes. Jedynie Sebastien wciąż wpatrywał się w kulę, jakby „ten dziwny śnieg” zaczarował go wirowaniem płatków.

*

Były takie dni, kiedy Antonio marzył, żeby stać się głuchym. Wtedy nie mógłby słyszeć pełnego wyrzutu tonu matki, która beształa go z byle powodu. Chłopiec łykał wtedy łzy, marząc o chwili, w której będzie mógł wreszcie uciec – zagrzebać się w stercie brudnych szmat i wypłakać cały żal. Starał się być dobrym synem, pomagał, jak tylko mógł, przynosił do domu znalezione w śmietnikach przedmioty, które mogły mieć jakąkolwiek wartość. Kiedyś nawet znalazł w kontenerze błękitną chustkę – miała kilka plam i rozdarcie na rogu, ale kolor wciąż był intensywny. Antonio czuł się szczęśliwy, gdy niósł ją do „domu” – mógł wymienić chustkę na coś do jedzenia, może na zepsutą zabawkę, jednak wolał podarować ją matce. Wspomnienia lubiły wracać w chwilach, gdy wrzeszczała, wyzywając go od nierobów i leni, kiedy wylewała żółć gromadzącą się w sercu. Bolało wtedy strasznie, tak strasznie jak rozbite kolano. A może nawet bardziej.
Antonio marzył więc, by być głuchym. „Wystarczyłoby, żebym zamknął oczy i już mógłbym udawać, że jej tam wcale nie ma, że jej twarz nie jest wykrzywiona złością” – myślał. Czasem takie myśli przynosiły ulgę. Czasem.
– Antonio! Antonio! – znów krzyczała, szmaty, którymi był przykryty, nie mogły wytłumić głosu.
Nawet nie drgnął. Niech krzyczy, może w końcu ochrypnie. Albo się znudzi.
– Tonio! – niemalże poderwał się, zdziwiony. Matka nigdy nie używała zdrobnień – pieszczotliwe słowa były przecież dla dobrych synów. – Tonio! – w głosie zaczynała pobrzmiewać desperacja i chłopiec wreszcie uświadomił sobie, że woła go Mercedes. Natychmiast wygrzebał się spod szmat, ocierając ostatnie łzy i wybiegł na zewnątrz.
Twarz dziewczynki wykrzywiona była strachem.
– Sebastien – powiedziała. – Nagle upadł i chyba coś mu się stało.
Antonio zadrżał. Słowo „coś” nigdy nie było dobrą wróżbą, a Mercedes podkreśliła je bardzo wyraźnie…
– Fernando zbieraj wszystkich, musimy coś wymyślić.
Chłopiec kiwnął głową. Pobiegli.

*

Doktor Felix Renard był idealistą – dlatego od czasu do czasu zjawiał się w slumsach, by pomóc najbardziej potrzebującym. Zazwyczaj nastawiał złamane kończyny lub podawał morfinę umierającym na nierozpoznane choroby. Raz zdarzyło mu się nawet amputować nogę zaatakowaną gangreną. Tym razem przyszedł specjalnie dla ośmioletniego chłopca – znał dziadka Sebastiena i czuł się zobowiązany do doglądania jego wnuka. Nie mógł wiele pomóc, sam nie miał zbyt dużo pieniędzy, lecz w miarę możliwości starał się opiekować dzieckiem. Tym razem czuł, że jego starania niewiele dadzą.
Matka Sebastiena patrzyła na lekarza pytającym wzrokiem, gładząc po włosach nieprzytomnego syna.
– Przykro mi… – zaczął, przerywając niezręczną ciszę. – Bez leczenia w szpitalu…
Nie musiał mówić więcej. Po twarzy kobiety popłynęły łzy – miała zaoszczędzone jakieś pieniądze, może nawet starczyłyby na najtańsze lekarstwo, ale na szpital…? W całej dzielnicy biedoty nie znalazłoby się tyle. Felix Renard szczerze współczuł obojgu. Bez specjalistycznego sprzętu nie potrafił rozpoznać choroby, ale podejrzewał raka – Sebastien najprawdopodobniej umierał, a jego matki nie było stać na leczenie.
– Poszukam, może w jakiejś darmowej lecznicy znajdzie się miejsce… – szepnął. W Rio było kilka przytułków i szpitali, prowadzonych przez siostry zakonne. Może któryś z nich zajmie się chłopcem? – Jak tylko coś znajdę, dam znać.
Zamknął torbę i spojrzał jeszcze raz na matkę Sebastiena. Nie potrafił znaleźć odpowiednich słów, wszystko wydawało mu się puste i banalne. Bo co można powiedzieć komuś, kto dowiedział się o wyroku wydanym na własne dziecko? Kobieta spuściła głowę – jak gdyby chciała ukryć spływające po policzkach łzy.
– Dziękuję, że pan przyszedł – wyszeptała, a Felix zaczął się zastanawiać, czy naprawdę była mu wdzięczna. Przecież jedynym, co zrobił, było odebranie jej nadziei.
– Jeśli się obudzi, proszę zatrzymać go w domu. Nie powinien się teraz męczyć – powiedział, odwracając się w kierunku kotary, zrobionej z pozszywanych ze sobą szmat. Drzwi nie było już od dawna.
Nie zauważył, że kotara drgnęła lekko i nie usłyszał kroków chłopca, który zbiegał zrujnowanymi schodami, by zniknąć wśród uliczek slumsów.
– Powiedział, że Sebastien musi iść do szpitala – Pablo spojrzał na pozostałych. Wszyscy wiedzieli, co oznaczały słowa doktora: Sebastien umrze.
– Musimy coś zrobić! – Mercedes przerwała grobową ciszę. Jej głos brzmiał płaczliwie, a oczy błyszczały od gromadzących się łez.
– A co my możemy? – zakpił Antonio. Sam czuł, że ma ochotę się rozpłakać, lecz czuł, że w ten sposób nie osiągną niczego – jak gdyby w ogóle mogli coś zdziałać.
Fernando wstał i powiódł wzrokiem, zatrzymując się na każdej twarzy. Dzieci wytrzymywały jego spojrzenie, nie odwracały głowy. Ciszę zapadającego wieczoru zakłócały jedynie owady.
– Możemy pójść do Sirambwe – powiedział.
Nikt się nie odezwał. Słyszeli dość historii o starej murzynce, mieszkającej w opuszczonej części slumsów, by zacząć się bać. Podobno była czarownicą i potrafiła zabić, mając jedynie paznokcie lub włosy ofiary, nocami zmieniała się w nietoperza, a raz na rok porywała małe dziecko, by zjeść jego mięso. Rzadko pomagała innym, a ludzi, którzy przychodzili prosić o pieniądze, zwyczajnie wyśmiewała. W slumsach mówiono, że nigdy nie pomoże zdobyć tego, za co można było zapłacić pieniędzmi.
– Ale ona nie uzdrowi Sebastiena, nie potrafi – odezwał się wreszcie Antonio. „Nie potrafi albo nie chce” – pomyślał rozgoryczony.
Fernando kiwnął głową, lecz milczał. Mercedes patrzyła na niego i nagle zrozumiała.
– Za to może pokazać mu prawdziwy śnieg.
Chłopiec obdarzył ją uśmiechem.
– Brawo, chica – powiedział tylko, lecz w jego ustach brzmiało to jak największa pochwała.
Normalnie, w takiej chwili ktoś stwierdziłby, że to głupi pomysł, ktoś wyśmiałby dziewczynkę lub zadrwił okrutnie. Jednak myśl o starej czarownicy dawała im poczucie, że mogą spróbować zrobić coś dla Sebastiena. Fernando wskazał na schowek, w którym trzymali swoje największe skarby – zbyt dobre, by oddawać je starszym w zamian za nietykalność.
– Weźcie wszystko – powiedział. Ukłucie w sercu powiedziało mu, że kilka błyskotek, pół butelki whiskey i ćwierć cygara może nie starczyć na kupienie pomocy Sirambwe. Musieli jednak spróbować.
Chłopcy opróżnili skrytkę, wrzucając wszystko do podartej, plastikowej reklamówki. Chwilę później byli już gotowi i cała czwórka zniknęła w ciemności slumsów.

*

Mercedes drgnęła, gdy po raz kolejny wydało się jej, że słyszy kroki za plecami. Pozostali również wyglądali na przestraszonych, jednak szli do przodu i dziewczynka, nie chcąc zostać sama, musiała dotrzymywać im kroku. Fernando prowadził i, choć dzieci nigdy nie były w tej części slumsów, zdawał się doskonale wiedzieć, dokąd idzie. Potykali się w ciemnościach i wpadali na siebie, a światło w oknach niewielkiej chatki zobaczyli dopiero, gdy znaleźli się tuż przed nią.
Stanęli niezdecydowani. Nikt nie wiedział, czy Sirambwe jest w domu i czy spodoba się jej wizyta gości o tej porze – przecież noc była czasem czarów i demonów…
– Co tak stoicie na zewnątrz? – dobiegł ich skrzekliwy, nieprzyjemny głos. – Wejdźcie do środka.
Prawie podskoczyli, gdy się odezwała. Skąd wiedziała, że przyszli? Fernando przełknął ślinę – teraz nie było już odwrotu. Podszedł do kotary i zawahał się jeszcze przez moment, zanim wszedł do środka. Pozostałe dzieci poszły za jego przykładem.
Wnętrze chaty oświetlone było licznymi świecami. Uwagę przykuwały ściany, przykryte makatkami ze słomy, i stare półki wypełnione dziwnymi przedmiotami. Później oczy przesuwały się dalej – w stronę plastikowego stołu o trzech nogach i niewielkiego paleniska, nad którym wisiał najprawdziwszy metalowy kociołek. Dopiero na samym końcu wzrok zatrzymywał się na starym, podartym fotelu i osobie, która w nim siedziała.
Sirambwe była bardzo starą kobietą, o twarzy pomarszczonej bardziej, niż skórka znalezionego na śmietniku jabłka, o bezzębnych ustach, otoczonych wąskimi wargami. Długie paznokcie przypominały szpony, a czarne, błyszczące oczy, patrzyły przenikliwie, oceniając gości.
– Nie spodziewałam się dzieci – mruknęła, na wpół do nich, na wpół do siebie.
Fernando przełknął ślinę i zrobił krok do przodu.
– My przyszliśmy, bo… – zająknął się – Bo Sebastien jest bardzo chory i chcieliśmy…
Czarownica błyskawicznym ruchem poderwała się z fotela. Dzieci zamarły.
– Chcieliście, żebym go uzdrowiła, tak? – krzyknęła. – Nie słyszeliście plotek? – uśmiechnęła się złośliwie – Nie słyszeliście, co robię ludziom, którzy przychodzą prosić o uzdrowienie?
Stali sparaliżowani strachem, niezdolni wypowiedzieć nawet słowa.
– Wcale nie! – wypaliła nagle Mercedes.
– Nieee? – czarownica podeszła bliżej i pochyliła się. Jej twarz znalazła się na wysokości oczu dziewczynki. – Czego w takim razie chcieliście? – w jej głosie było coś złowróżbnego, jednak Mercedes wiedziała, że nie może się wycofać. „To dla Sebastiena” – pomyślała.
– Chcieliśmy prosić o wyczarowanie śniegu – powiedziała drżącym głosem.
Twarz Sirambwe zmieniła się, jakby odrobinę złagodniała.
– Śnieg? – roześmiała się, zdumiona niedorzecznością prośby.
– Sebastien chciał go zobaczyć – wyszeptał Pablo.
Murzynka kiwnęła głową.
– Macie czym zapłacić?
Chłopcy wskazali reklamówkę. Sirambwe przejrzała zawartość – błyskotki nie zwróciły jej uwagi, za to obejrzała cygaro i odkręciła butelkę by powąchać zawartość. Dzieci cierpliwie czekały na jej decyzję.
– Wezmę jeszcze po jednym dniu z życia każdego z was – powiedziała. Jej spojrzenie zatrzymało się na Mercedes – I twoje włosy, pyskulo.
Dziewczynka drgnęła, dotykając warkocza. Był jej największą dumą… Przypomniała sobie, jak Sebastien bronił jej, gdy drwiny i zaczepki innych stawały się nie do zniesienia i wszelkie wątpliwości rozwiały się natychmiast. „Włosy odrosną” – pomyślała. Podeszła do stołu i sięgnęła po nóż. Chwilę później podała czarownicy odcięty warkocz.
– Jutro wieczorem będziecie mieli śnieg – powiedziała Sirambwe, dając im do zrozumienia, że mają odejść.
Wyszli z chaty z poczuciem ulgi. Nie mieli dość odwagi, by upewnić się, że starucha dotrzyma obietnicy.

*

Pierwszym, co Sebastien zobaczył po przebudzeniu, była twarz matki. Pochylała się nad nim, patrząc z ulgą.
– Co się stało? – spytał. Czuł się dziwnie słaby, jak wtedy, gdy przez tydzień prawie nic nie jadł.
– Upadłeś. I spałeś przez dwa dni.
Spróbował podnieść się z posłania. Koc zsunął się niżej i chłopiec poczuł, że jest strasznie zimno. Zadrżał, spoglądając na okno. Na tle nocnego nieba, rozświetlanego blaskiem odległych latarni, widział białe, wirujące płatki. Nie podbiegł do framugi. Bardzo powoli wstał i ruszył w kierunku drzwi. Matka chciała go zatrzymać, ale gdy zobaczyła wyraz twarzy syna i oczy błyszczące radością spełnionego marzenia, pozwoliła mu iść dalej. Sebastien bardzo długo schodził po schodach, przytrzymując się metalowej poręczy. Nie dbał o narastający w piersi ból, o zimno, o drzazgę, która wbiła się w stopę – musiał wyjść na zewnątrz, bo na zewnątrz był…
Cienka warstwa białego puchu pokrywała całą ulicę – a z nieba wciąż spadały kolejne płatki. Sebastien patrzył w górę, zafascynowany tańcem białych drobinek – niektóre z nich opadały na jego twarz. Opuścił głowę i zobaczył swoich przyjaciół – stali niedaleko, owinięci szmatami i uśmiechali się do niego.
– Sebaaaastieeeen! – krzyknęła Mercedes. – To dla ciebie!
Uśmiechnął się, chociaż ból stawał się nie do zniesienia. Pochylił się i wziął do ręki trochę śniegu – był mokry i zimny w dotyku. I taki biały, puszysty. Cudowny. Radość wypchnęła ból i Sebastien nie poczuł nawet, że znów upadł. Pablo zaniósł nieprzytomnego chłopca na górę. Stali wszyscy czworo, wpatrując się w przyjaciela, na którego twarzy wciąż błąkał się uśmiech.
Śnieg padał przez całą noc. Nad ranem wschodzące słońce stopiło biały puch. Nad ranem Sebastien umarł.

23-24 grudnia 2004

Reklamy

1 komentarz (+add yours?)

  1. Lancan
    List 03, 2011 @ 14:28:17

    Klasa. Czytałem zbyt wiele kiepsko napisanych opowiadań by nie doceniać Twoich. Imponujące dopracowanie, trafny dobór słów. W dodatku tekst aż ściska za serce. Zastanawiałem się podczas lektury, czy miałaś sposobność odwiedzić Brazylię, ale to w gruncie rzeczy bez znaczenia – oddałaś klimat slamsów, biedy, ciężkiego życia. Temat też wybrałaś oryginalny. Naprawdę, piszesz wręcz denerwująco dobrze 😉

    Mam tylko jedno pytanie odnośnie poniższego fragmentu: nie wiem skąd tam nagle wziął się Fernando. Czy nie powinno być: „Fernando zbiera wszystkich.” Wydawało mi się, że Mercedes i Antonio są sami.

    – Sebastien – powiedziała. – Nagle upadł i chyba coś mu się stało.
    Antonio zadrżał. Słowo „coś” nigdy nie było dobrą wróżbą, a Mercedes podkreśliła je bardzo wyraźnie…
    – Fernando zbieraj wszystkich, musimy coś wymyślić.
    Chłopiec kiwnął głową. Pobiegli.

    Jeszcze raz gratuluję pióra, Droga Pani.

    Szary Wilk

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: