Poznańskie sny

Ktoś szepcze do mnie w snach…
Niespokojne myśli, niespokojne marzenia senne i głos, którego nie znam.
Chodź do mnie, chodź!

– Przepraszam, tego nie wolno ruszać!
Janusz z uśmiechem chłopca złapanego na podjadaniu słodyczy odłożył niewielki notatnik i spojrzał przepraszająco na młodszego aspiranta, który przyłapał go na dobieraniu się do policyjnych akt. Cóż, Janusz nie mógł nic poradzić na swoją dziennikarską ciekawość, nieustannie pakującą go w kłopoty – jeśli nie słuchała nawet głosu rozsądku, to jak mogła ustąpić przed innym człowiekiem? Może po części wynikało to również z charakteru gazety, dla której pracował – „Głosu miasta”, a którą od zwykłego brukowca dzieliło bardzo niewiele.
– Janek, jesteś! – donośny głos oznajmił przybycie Marcina Barskiego, prywatnie kolegi Janusza jeszcze z czasów licealnych, a oficjalnie komendanta niewielkiego komisariatu na poznańskich Winiarach. – Mam już statystyki, o które prosiłeś.
Dziennikarz przylepił do twarzy uśmiech i odwrócił się do policjanta. Odebrawszy plik papierów, wsunął je niedbale do przewieszonej przez ramię torby.
– Dzięki. Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. W przyszłym tygodniu musimy się koniecznie umówić na wywiad – Janusz wiedział, jak połechtać próżność kolegi. – Już się redaktor dopytywał… – niby przypadkiem spojrzał na biurko i sięgnął po notatnik, który przyciągnął jego uwagę już wcześniej – Co to? – spytał udając, że kartkuje bez większego zainteresowania.
Komendant westchnął.
– Pamiętnik dziewczyny, która zaginęła kilka dni temu – odparł, krzywiąc się. – Jeśli w ogóle można tak nazwać pisane na haju gryzmoły. Nic ciekawego, naprawdę. Mała pewnie zwiała z domu na jakąś imprezę i znajdzie się za kilka dni.
Janusz odłożył zeszycik z powrotem. Pokiwał głową, wyrażając w ten sposób zrozumienie dla ciężkiej i nudnej pracy policjanta. Wiedział, że Marcin zawsze marzył o sławie, jednak natura nie obdarzyła go żadnym talentem. Wywiad, jakiego udzieli dla „Głosu miasta” będzie najpewniej wydarzeniem jego życia. Janusz zastanawiał się, nie bez złośliwości, ile egzemplarzy gazety kupi jego kolega w dniu publikacji wywiadu.
– A, właśnie! – przypomniał sobie nagle, sięgając po torbę – Chciałem, żebyś zerknął na pytania, jakie przygotowałem do wywiadu – wyciągnął jakieś teczki, odłożył na biurko i dalej grzebał w torbie. – Szlag! Zapomniałem zabrać – uśmiechnął się przepraszająco do kolegi. – Cóż, następnym razem.
Spojrzał na zegarek, zrobił zaskoczoną minę i niemalże zerwał się na nogi.
– Ciągle w biegu, co? – spytał Marcin, a współczucie nieudolnie maskowało nuty zazdrości w jego głosie. Janusz w tym czasie na powrót upychał teczki w torbie.
– Zadzwonię jeszcze do ciebie – potrząsnął ręką komendanta i wypadł z komisariatu tak szybko, jakby właśnie spóźniał się na swój ślub.
Zwolnił dopiero za rogiem. Poprawił torbę, niedbale przerzuconą przez ramię i uśmiechając się tryumfalnie wyciągnął z niej niewielki notatnik – nikt oczywiście nie zauważył, że schował go razem z teczkami. Otworzył zeszycik i zaczął czytać.

Zabiorę cię w podróż, pójdziesz krok po kroku za słowami – bo choć i ty i ja znamy cel, to nie miejsce się liczy, lecz wędrówka. Idź więc i obudź magię, która drzemie w tym mieście, bo ona pomoże ci dotrzeć do mnie. Strzeż się jednak tych, co drogą chcą podążyć miast ciebie. Strzeż się tych, co mieszkają w głogach!

Zadzwoniła komórka. Janusz wygrzebał ją z kieszeni marynarki.
– Tak? – mruknął, niechętnie odrywając wzrok od notatnika – Nie, nie będzie mnie dzisiaj w redakcji. Zdjęcia? – odruchowo spojrzał na torbę – Okay, w takim razie je podrzucę. Będę za jakieś pół godziny pod „operą”.
Rozłączył się, mrucząc „cholera!”. Wrzucił notatnik do torby i pobiegł na najbliższy przystanek.

Nim wyruszysz na wędrówkę, złóż ofiarę skrzydlatemu, co spogląda z góry. Przed wyprawą zyskasz przychylność strażników, którzy w przejściu między światami stoją. Opieką i ochroną służyć ci będą w zamian za dar.

Janusz siedział na schodach Teatru Wielkiego i palił papierosa. Zaczynał się zastanawiać, czy wyniesiony z komisariatu notatnik przyda mu się do czegokolwiek. Czuł, że jest w nim jakiś klucz, tajemne wskazówki, które zaprowadzą go… właśnie – dokąd? Do właścicielki pamiętnika? Ktoś szepcze w moich snach… Czy rzeczywiście ktoś ją wołał? A może Marcin miał rację – po prostu się upaliła? Chodź do mnie, chodź! Dlaczego tak go zafascynowały wynurzenia dziewczyny, która powinna zainteresować raczej psychiatrę, niż dziennikarza?
– Co tak dumasz pod pegazem? – usłyszał obok – Myślisz, że dzięki temu spłynie na ciebie natchnienie? – zadrwił głos znajomego z redakcji. – Ciężka praca, Janusz, nic więcej. Rzemiosło, nie sztuka.
Janusz nie słuchał już, zadarł głowę do góry, patrząc ku dachowi Teatru Wielkiego, zwanego powszechnie „operą”. Ponad wysokimi kolumnami i trójkątnym dachem pegaz rozpościerał swe skrzydła. Olśnienie przyszło – to jest to!
– Halo, Janek! – uciążliwe coś nad uchem. – Ziemia do Janusza!
Patrząc wciąż w górę, na ślepo włożył rękę do torby i podał koledze kopertę, którą wyciągnął. Głos ucichł, więc chyba o nią chodziło.
– Dzięki – usłyszał jeszcze.
Dym z papierosa przesłonił obraz. Janusz spojrzał na swoją rękę, potem znów na pegaza. Ileż to razy marzył, by wzlecieć na grzbiecie skrzydlatego konia?
– Nie mam kadzidła, więc mam nadzieję, że ten dym wystarczy – powiedział, patrząc w górę. Jakiś przechodzień obdarzył dziennikarza krzywym spojrzeniem.
Janusz dopalił papierosa i ruszył dalej, niedopałek chowając do torby – nie potrafił go tak po prostu wyrzucić.

A gdy spojrzysz na fontannę, przejdź szpalerem latarni nad pociągami. Idź tam, gdzie naga kobieta uwięziona w ścianie – niech pociąg przejedzie teraz po twojej głowie.
Patrzę na świat oczyma odmienionymi przez głos, a gdy szepcze, barwy wirują niespokojnie.
Aleją kasztanową do niewielkiego strumienia i dalej, śledząc metalową nić. Tu wśród domów spokojnych i drzew szumiących – na zakręcie słów i drogi – mieszka Powierniczka.

Trzymając w dłoniach zeszyt, Janusz poszedł w kierunku Mostu Teatralnego – tym razem również podziwiał masywne, stylizowane latarnie. Pamiętał, że jako młody chłopak lubił patrzeć w dół, na przejeżdżające pociągi i zastanawiać się, dokąd jadą ludzie siedzący w środku. Czasem wyobrażał sobie, że to on wyrusza „w daleki świat”. Westchnął. Miał być reporterem, zwiedzającym najdalsze zakątki świata, a utknął jako pracownik podrzędnej gazety. Z żalem uświadomił sobie, że naśmiewał się w myślach z Marcina, a sam jest niewiele lepszy. Przywołał w myślach obraz mostu, spowitego we mgle, którą rozpraszał jedynie blask latarni – podobne wspomnienia stawały się ukojeniem, wnosiły odrobinę magii w szarzyznę kolejnych dni i pozwalały czasem zapomnieć o goryczy, jaką czuł, gdy przypominał sobie, gdzie pracuje.
Most skończył się i Janusz ponownie spojrzał w notatnik. Uśmiechnął się, bo wiedział już, dokąd pójść teraz. Spokojnie skręcił w lewo, w ulicę Roosevelta. Po drugiej stronie ulicy stały stare kamienice – ładne, lecz zaniedbane. Pamiętał, że na jednej z nich była płaskorzeźba kobiety, na głowie trzymającej kosz pełen kwiatów. Wciąż żywe było wspomnienie pierwszej, dziecięcej „wyprawy” do miasta i opowieść matki o kobiecie zamienionej w kamień. Płaskorzeźba długo jeszcze pobudzała jego wyobraźnię, gdy wymyślał wciąż nowe sposoby na odczarowanie klątwy. Teraz Janusz-racjonalista wiedział, że to tylko ozdoba kamienicy, ale wciąż bał się dnia, w którym ktoś zechce zburzyć budynek. Idąc w dół ulicy uśmiechnął się więc do kobiety. Nie dostrzegł, że chwilę później kobieta uśmiechnęła się do niego.
Doszedł do wiaduktu i zatrzymał się. Jeśli dobrze rozumiał wskazówki zawarte w pamiętniku, może spokojnie podjechać kilka przystanków. Wsiadł do tramwaju i zamyślił się, wpatrzony w okno. Pojazd trząsł się niespokojnie, skręcając w kasztanową aleję. Niedaleko znajdował się Park Sołacki i Janusz domyślał się, iż może chodzić o strumień, który przezeń przepływał. Obserwował stare drzewa, alejki i most przerzucony nad strumieniem, wreszcie jeziorko, nad którym kiedyś karmił kaczki. Sołacz był niewątpliwie jedną z najbardziej urokliwych dzielnic Poznania. Ciche uliczki z domkami jednorodzinnymi i park – prawie że nierealny, jakby żywcem wyjęty z jakiejś nastrojowej baśni. Szkoda, że tak rzadko miał okazję bywać tutaj…
Park zniknął mu z oczu, gdy tramwaj skręcił w ulicę Wołyńską. Pojechał dalej, zostawiając Janusza na przystanku, rozglądającego się niepewnie. Co teraz? Nie miał pojęcia, gdzie szukać „Powierniczki”, kimkolwiek była – przecież nie będzie chodził od domu do domu… Skręcił w najbliższą uliczkę, spacerując bez wyraźnego celu. „I tak właśnie kończą się twoje szalone pomysły, Janusz” – pomyślał ironicznie. – „Zachowujesz się jak dziecko, nic tutaj nie znajdziesz”.
Wpatrywał się bezradnie w notatnik, jakby licząc, że pojawi się kolejny błysk olśnienia. Czyżby coś przeoczył?
– Skąd pan to ma? – pytanie zatrzymało go w połowie kroku.
Podniósł głowę. Przed nim stała „młoda gniewna”, na oko szesnastolatka. Farbowane włosy, zebrane w wiecheć na czubku głowy i ostry makijaż nie dodawały jej ani wieku, ani urody. Ciemne oczy dziewczyny lśniły nienaturalnie, choć źrenice wydawały się mieć normalną wielkość.
– Pamiętnik Marty. Skąd pan go ma? – dziewczę puściło mu krzywe spojrzenie, najwidoczniej nie chciało być przedmiotem oględzin. Głos miała szorstki, nieprzyjemny. „Pewnie z przepicia” – zauważył cierpko Janusz.
– Byłaś jej koleżanką? – spytał, nie chcąc wdawać się w rozmowy na temat swoich praw do posiadania notatnika.
– Przyjaciółką! – prychnęła. – I to najlepszą. Mówiłyśmy sobie wszystko.
– Więc pewnie domyślasz się, gdzie Marta może teraz być?
Zmieszała się lekko, ale jej wzrok natychmiast powędrował w stronę notesu. Przełknęła ślinę, a oczy jej zalśniły. Janusz odnosił wrażenie, że w głębi źrenic czai się nienaturalny głód i poczuł irracjonalną niechęć do dziewczyny.
– To trzeba odnieść – powiedziała. – Na policję znaczy się. Na pewno im się przyda. Bo oni szukają Marty. Ja to odniosę – mamrocząc nieskładnie wyciągnęła rękę w kierunku Janusza.
Zrobił krok do tyłu, zaciskając dłoń na pamiętniku. Dziewczyna również cofnęła się lekko, przyglądając mu się uważnie. Wreszcie uśmiechnęła się krzywo.
– Oddaj. Tobie nic po tym. I tak jej nie znajdziesz. Oddaj pamiętnik, Mikul się nim zaopiekuje, Mikul pójdzie do Marty – w miarę, jak mówiła, jej głos stawał się coraz bardziej szorstki, jakby pobrzmiewała w nim jakaś złowroga nuta.
Janusz przyglądał się dziewczynie i zastanawiał się, co mogła wziąć. Najwyraźniej była w jakimś narkotykowym śnie. Dreszcz przebiegł mu po plecach, gdyż Mikul – jak siebie nazwała – kojarzyła mu się z drapieżnym i złośliwym stworzeniem. „Jakby za chwilę miała się na mnie rzucić” – pomyślał. Ona jednak stała tylko, pożądliwie wpatrując się w notatnik i mamrocząc coś do siebie. Janusz otrząsnął się z niemiłego wrażenia – nie miał zamiaru dać się zastraszyć jakiejś smarkuli. Miał wrażenie, że przestaje być sobą – kradzież na komisariacie, szalony pomysł wędrówki przez miasto, a teraz dostaje dreszczy spotykając nastoletnią ćpunkę. Zmierzył dziewczynę wzrokiem, po czym odwrócił się i zaczął iść w kierunku przystanku – na pozór spokojnie, lecz wciąż podświadomie obawiał się ataku.
– Nie oddasz Mikul, oddasz innym – jej krzyk sprawił, że prawie drgnął. – Przecież tam nie pójdziesz. Nie dla ciebie ten świat. Inni pójdą. A Mikul była przynajmniej dobra dla Marty…
Spojrzał przez ramię. Dziewczyna przysłonięta była jakimś cieniem, jej twarz wyglądała ohydnie, jakby zniekształcona. Garbiła się, a rozczapierzone palce przypominały pazury. Potrząsnął głową, poważnie wątpiąc w swoje zmysły. Jej nieprzyjemny głos ścigał go nawet, gdy wsiadał do tramwaju.

Biegnij ścieżką, biegnij szybko! Nie oglądaj się za siebie, nie rozliczaj przeszłości, nie żegnaj. Biegnij prosto w sen, który już na ciebie czeka.

Powieki, jeszcze zlepione resztkami snu, nie chciały się unieść. Komórka domagała się uwagi, ale Janusz, wciąż półprzytomny, nie był w stanie powiedzieć, czy to tylko budzik, czy też już od rana ktoś go szukał. Miał ochotę ponownie zanurzyć się w snach. Bardzo rzadko je pamiętał, zazwyczaj znikały wraz z pojawieniem się pierwszej myśli, tuż po przebudzeniu. Jednak tym razem pozostawiły po sobie niejasne wspomnienie – miał wrażenie, że były wyjątkowe, sprawiały, iż marzył tylko o tym, by zapomnieć o całym świecie i znów zasnąć…
– Zamknij się – powiedział do komórki, na oślep sięgając do nocnego stolika i próbując wyłączyć złośliwe urządzenie. Ruch uświadomił mu, że w tył głowy  wpija mu się coś niewygodnego. Zaspany, usiłował sobie przypomnieć, w którym miejscu poduszka miała kanty.
Telefon umilkł wreszcie, a Janusz oprzytomniał. Wyciągnął spod głowy niewielki notes i przyjrzał się mu uważnie. Przez głowę przelatywały mu nieskładne myśli, nie potrafił się skupić na żadnej. Poszedł spać z notatnikiem pod głową, uświadomił sobie w końcu. Odrzucił kołdrę i podniósł się powoli. Głowa ciążyła mu niemiłosiernie, pulsując tępym bólem – czuł się tak, jakby przed snem wypił duszkiem butelkę wódki… Z notatnikiem pod pachą powlókł się do łazienki.
Pół godziny później popijał mocną kawę, wciąż wertując notatnik. Próbował odgadnąć, dokąd dojdzie, kierując się niejasnymi wskazówkami. Mógłby, siedząc nad planem miasta, zorientować się, w jakie miejsce kieruje go pamiętnik Marty, lecz wątpił, by znalazł w ten sposób odpowiedź na najważniejsze pytania – co tam znajdzie i dlaczego ukryto drogę w pogmatwanych zdaniach, zapisanych nierównym, niekiedy prawie nieczytelnym pismem. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie chodzi o kryjówkę dziewczyny – wszak Marcin wspominał, że zaginęła. Pokręcił głową. Gdyby uciekła z własnej woli, nie zostawiałaby przecież wskazówek, jak ją znaleźć, natomiast gdyby wchodziło w grę porwanie czy morderstwo, nie mogłaby sporządzić tak szczegółowych notatek… Może chodziło o jakąś melinę grupki przyjaciół, w której się zaszyła? Notatnik służyłby inicjacji nowych członków – tylko w ten sposób mogli dołączyć do reszty. To by wyjaśniało, dlaczego ta dziewczyna, Mikul, tak bardzo chciała zdobyć notatki Marty. Z jakiegoś powodu nie przyjęto jej do grupy i chciała spróbować dotrzeć do koleżanki na własną rękę… Janusz roześmiał się nagle, jakby komentując swoje własne, coraz bardziej fantastyczne rozważania. Kto powiedział, że pamiętnik ma cokolwiek wspólnego ze zniknięciem Marty? Nawet doświadczony policjant, jakim był Marcin, powątpiewał. A jednak…
Komórka odezwała się ponownie, przerywając ciszę w niewielkim, dwupokojowym mieszkaniu Janusza. Niemalże poderwał się, zaskoczony nagłym dźwiękiem, niedopita kawa zafalowała niespokojnie w białym kubku, gotowa wylać się przy kolejnym szarpnięciu. Mężczyzna zaklął, odkładając naczynie na kuchenny stół i popędził z powrotem do zagraconego pokoiku, służącego mu za sypialnię. Telefon przestał hałasować w chwili, gdy Janusz sięgał w jego stronę – jakby wiedział, że już zwrócił na siebie uwagę. Na niewielkim wyświetlaczu widniała krótka informacja.
– No tak… Artykuł o zdemolowanych grobach na górczyńskim cmentarzu – mruknął do siebie. Miał dziś jechać na miejsce, wypytać grabarzy i przechodniów. „Znaleźć dowody na działalność satanistów” – jak usłyszał w redakcji. Pobłogosławił w myślach urządzenie, bez którego dawno zapomniałby o własnych urodzinach i wybaczył mu natręctwo. Zupełnie nie przeszkadzało mu, że obdarza duszą przenośny aparat telefoniczny.
Cofnął się do kuchni, by wrzucić notatnik do torby, sprawdził, czy na pewno zabrał portfel i nerwowo przeszukał kieszenie w poszukiwaniu kluczy – zanim wpadł w panikę, zdążył zauważyć, iż leżą na niewielkiej komódce tuż przy drzwiach. Wypadł z domu, zastanawiając się, czy zdąży na tramwaj.

Z każdym krokiem głos ze snu coraz wyraźniejszy, wciąż woła do mnie, budząc tęsknotę. Idź, obudź magię, obudź szepty spod łóżka i błyski w lustrze. Z każdym krokiem, z każdym słowem, z każdą myślą – coraz bliżej.

Na linii numer osiem jeździły stare tramwaje, lecz podróżowało się nimi całkiem wygodnie. Janusz siedział przy oknie, nie zwracając uwagi na otoczenie – tramwaj dowiezie go do pętli na Górczynie, a stamtąd na cmentarz już niedaleko. Wczesnym przedpołudniem nie było już tłoku, choć wszystkie miejsca zajmowali pasażerowie. „Ósemka” zjechała z Mostu Dworcowego, mając teraz do pokonania całą długość ulicy Głogowskiej. Janusz odruchowo uniósł głowę, gdy zbliżała się do Parku Wilsona – zawsze lubił spacerować krętymi alejkami. Przypomniał sobie Sołacz i mgliste wrażenie, jakie pozostawił tamtejszy park – wszystko jakby tchnęło tajemnicą. Natomiast ten zdawał się  być wymyślnym ogrodem przy pałacu jakiegoś króla. „Jak dwie baśnie” – pomyślał. – „Jedna mroczna, druga radosna… Lubię obie”.
Tramwaj zatrzymał się i Janusz odruchowo spojrzał na ludzi czekających na przystanku. Drzwi otworzyły się z łoskotem i do środka zaczęły wchodzić cienie o roziskrzonych oczach. Oczach wlepionych w Janusza. Poderwał się nagle z miejsca, biegnąc ku końcowi pojazdu – wypadł przez ostatnie drzwi w chwili, gdy stwory wypełniały już tramwaj. Nie oglądając się za siebie pognał ulicą w kierunku Mostu Dworcowego, a pasażerowie odprowadzali go zdziwionym spojrzeniem.
Na zewnątrz nie było jednak bezpieczniej – przechodnie, których roztrącał również na niego czyhali, kilku chyba wciąż go goniło. Powoli zaczynało braknąć mu sił, lecz bał się zatrzymać. Nagle nad sobą usłyszał tętent kopyt. Stanął jak wryty i uniósł głowę. Nad dachami budynków galopował pegaz. Janusz zamrugał oczami, tymczasem legendarny koń obniżył lot – zdawał się pędzić wprost na mężczyznę. Przez głowę przemknęła mu myśl, że podkowy nie mogą dźwięczeć, uderzając powietrze, lecz nie miał czasu zastanawiać się dłużej – poczuł na twarzy powiew wiatru, wzbudzanego przez zielonopióre skrzydła, gdy pegaz lądował tuż za nim. Zadzwoniły o chodnik podkowy, coś za plecami Janusza syczało i krzyczało nieludzko. Obejrzał się. Cienie wiły się wokół skrzydlatego, jakby obawiając się podejść bliżej. Biegnij! – usłyszał w swoich myślach. Ruszył pędem, nie oglądając się za siebie.
Zatrzymał się dopiero przy „akwarium”, jak nazywano dobudowane niedawno wejście na Międzynarodowe Targi Poznańskie. Łapiąc oddech, spojrzał w kierunku Głogowskiej, lecz ulica wyglądała jak każda inna w Poznaniu – nie było nawet śladu po cieniach i pegazie. Kilku ludzi przyglądało mu się z zaciekawieniem, jakby oczekując, że po chwili odpoczynku znów zacznie biec, jednak Janusz patrzył niewidzącym wzrokiem gdzieś w dal. Nie potrafił w żaden sposób wytłumaczyć tego, co się stało. Halucynacja? Tak realna? Potrząsnął głową, starając się pozbyć dziwnego wrażenia, jakie towarzyszyło muśnięciu skrzydeł. Zaczynał wątpić w swoje zmysły. Odruchowo sięgnął do torby, po notatnik. Strzeż się jednak tych, co drogą chcą podążyć miast ciebie. Strzeż się tych, co mieszkają w głogach! W głogach… Na ulicy Głogowskiej. Czy powinien zastanawiać się nad każdym zdaniem? Co go jeszcze czeka? Wertował pamiętnik bez celu, zastanawiając się, czy powinien dalej zajmować się sprawą zaginionej dziewczyny. Dziwne sytuacje, cienie, pegaz… Czy tak wygląda szaleństwo? Zaczynał się bać, jednak magiczne słowa, niezrozumiałe wizje wciąż go przyciągały… Co miał do stracenia? Przecież zawsze marzył o przygodach. Mały Janek, spragniony niezwykłości i tajemnic, znów odezwał się w jego myślach, podejmując decyzję.

Zagubiony pośród betonowych rzek i zapomnianych łąk, stoi młyn. Zmielona w nim rzeczywistość rozsypuje się z wiatrem, ustępując przed baśnią. W kolorach utrwalona radość, słońce przyklejone do nieba na stałe, rzeka, która chroni od wschodu i wilki – od zachodu.

Autobus zatrzymał się. Janusz wysiadł, rozglądając wokół. Zawsze bawił go kontrast – z jednej strony blokowisko, kończące się niewielką skarpą, a z drugiej już tylko zielone drzewa i stary, niszczejący budynek. I ulica, niby rzeka graniczna. Za skrzyżowaniem ruszył alejką, którą pasmo drzew oddzielało od ruchliwej ulicy Lechickiej. Olbrzymie tiry pędziły w jedną i drugą stronę, lecz tam, dokąd szedł, warkot silników już nie dochodził. Chodnik był wąski, niewiele osób tamtędy chodziło. Osiedle Wilczy Młyn zdawało się być odcięte od reszty miasta, lecz to tylko podkreślało jego urok. Niewielkie, jednorodzinne domki, zbite w równe szeregi, cieszyły oczy, zadbane i tonące w kwiatach. Janusz lubił tędy chodzić, choć nieczęsto zdarzała się okazja. Tym razem przyjechał z materiałami dla kolegi z redakcji, który czasowo przejmie jego obowiązki – po przygodzie na Głogowskiej dziennikarz uznał, że przyda mu się tydzień urlopu na spokojne zgłębianie tajemnic pamiętnika. Zresztą miał niejasne  wrażenie, że notatnik wspomina o tym miejscu. I nic dziwnego, jeśli Poznań w ogóle miał w sobie coś magicznego, musiało się to koncentrować na Wilczym Młynie – przynajmniej w opinii Janusza.
Alejka skończyła się przy pierwszych domach. Wszedł więc między nie, podążając uliczką równoległą do Lechickiej. Prowadziła w dół, zapewniając doskonały widok na okolicę. Gdzieś na horyzoncie majaczył wielki kształt jakiejś fabryki. Elektrociepłownia? Oczyszczalnia ścieków? Nie pamiętał. Uśmiechnął się – kolejny kontrast, baśniowe domki i złowroga budowla gdzieś w oddali. Nawet nie zauważył, że zatrzymał się i spogląda na odległą fabrykę.
– Przyjdą do nas, przyjdą zza rzeki – usłyszał głos. Obok niego stał niewysoki człowieczek, nieodmiennie kojarzący się z postacią z legend irlandzkich. Niewielki kapelusik, fioletowy surdut i okrągława twarz, zwrócona w kierunku dziennikarza.
– Kto? – zapytał odruchowo.
– Demony z tamtego zamku – nieznajomy wskazał na budowlę w oddali – Zobaczysz, rzeka ich nie powstrzyma, zdobędą most i przyjdą tutaj. Zniszczą wszystko!
Janusz osłupiał. Mała dziewczynka przebiegła obok niego. Miała wielką, żółtą kokardę zawiązaną we włosach, lizaka w dłoni i… szpiczaste uszy? Pokręcił głową z niedowierzaniem, podczas gdy jego rozmówca oddalał się już niespiesznym krokiem, wciąż mamrocząc o tych, którzy przyjdą zza rzeki.
W jednym z przydomowych ogródków bawiło się dwoje dzieci i Januszowi wydawało się, że widzi niewielkie różki wystające gdzieś spośród jasnych czuprynek.
– Mama mówiła, że trzeba stąd uciekać, póki jeszcze jest czas – odezwało się jedno z nich, zerkając, czy nieznajomy za ogrodzeniem nie podsłuchuje. Niebieskooki chłopczyk popatrzył przez chwilę na mężczyznę, a potem chwycił za rękę drobną dziewczynkę, która stała obok niego i pociągnął ją na drugi koniec ogródka. Zmieszany Janusz ruszył dalej.
Materiały zostawił żonie kolegi, od kawy wymawiając się pilną sprawą. Gdy szedł w drugą stronę, obejrzał się jeszcze do tyłu. Na horyzoncie majaczyła się złowroga budowla, a nad nią przelatywały olbrzymie kształty, których skrzydła przywodziły na myśl smoki. Zapewne rozgrzane słońcem powietrze płatało mu figla, jednak po raz pierwszy nie martwił się, że opuszcza Wilczy Młyn – jakby słowa nieznajomego przekonały o konieczności odejścia. Żegnało go wycie wilka. Przynajmniej tak mu się zdawało.

A gdy czar już utkany, pobiegnij strumieniem wśród kamienic, znajdź drzwi prowadzące na zapomniane podwórko. Tam ostatni krok, krok przez mgłę, przez taflę jeziora, przez sny. Tam szepty staną się wyraźne, tam czekam na ciebie. Chodź do mnie, chodź!

Janusz od godziny spacerował ulicą Wodną – od Starego Rynku do ulicy Wielkiej. Rozglądał się niepewnie, szukał właściwej bramy, właściwego podwórka. Kolejna ślepa uliczka – ostatnie słowa w notatniku. Może nie powinien kojarzyć strumienia z ulicą? Może to zbyt proste? Zaczynał się bać, że w tym miejscu kończy się przygoda, że nigdy nie rozwikła zagadki do końca. Lecz najgorszy był inny strach – że tak naprawdę nie było żadnej tajemnicy, że gonił za iluzją, że karmił swoje skryte pragnienia, tęsknotę za odrobiną niezwykłości w szarym, monotonnym życiu.
Przygnębiony, powlókł się uliczkami, okalającymi Stary Rynek. Sam nie wiedział dokąd – niby w kierunku przystanku tramwajowego, ale tak naprawdę mógłby iść dokądkolwiek. W momencie, gdy zrozumiał, że nie ma szans na rozwikłanie zagadki, poczuł, że stracił cel, że nie wie, co ma robić dalej. Nie potrafił wyobrazić sobie powrotu do poprzedniego życia, do pracy w redakcji – przez ostatnie dni żył na pograniczu rzeczywistości i marzeń, usiłując wyrwać dla siebie odrobinę magii. „Tak właśnie wygląda przegrany człowiek, który nie wie, co ma ze sobą zrobić” – pomyślał z goryczą, brodząc w płytkich kałużach.
Przystanął nagle, uświadomiwszy sobie, że od dłuższej chwili towarzyszy mu cichy szum i odgłos wody rozpryskującej się pod butami. Z ulicą Żydowską, którą właśnie szedł, krzyżowała się druga – płynął nią niewielki strumień. Ironiczna myśl o pękniętej rurze wodociągowej została przyćmiona przez budzącą się nadzieję, bowiem zalana wodą ulica nazywała się Mokra… Przyśpieszył kroku, skręcając za róg i nie bacząc na wodę wlewającą się teraz do butów.
Na schodach prowadzących do drzwi jednej z kamienic siedziała młoda dziewczyna. Niby zwykły widok – nastolatki przesiadują w dziwniejszych miejscach, lecz uwagę zwracały jasne włosy, podpięte po bokach niewielkimi, miedzianymi klamrami i prosta, lniana sukienka. Bose stopy moczyła w przepływającym ulicą strumieniu, a obok niej, na stopniu, leżały wiązane rzemieniem sandały. Popatrzyła na niego orzechowymi oczami i uśmiechnęła się lekko.
– Marta… – wyszeptał Janusz.
– Czekałam na ciebie – powiedziała spokojnie. – Wiedziałam, że zjawi się ktoś, kto przyniesie mi mój pamiętnik.
– Przecież on prowadzi tylko… tutaj – zdziwił się. Powoli docierało do niego, że dziewczyna, której policja szuka od ponad tygodnia, siedzi na schodach w samym środku miasta.
– Nie, on opisuje drogę. Mówi, co trzeba zrobić, by otworzyć przejście – pokręciła głową. – Nie powinnam była tego wszystkiego zapisywać, zachowałam się nierozważnie. Lecz kiedy zaczęłam śnić, nie wiedziałam jeszcze, że to wskazówki, zaklęcie. I nie wiedziałam, że są inni, którzy chcieliby je zdobyć.
– Cienie…
Pokiwała głową.
– Tutaj, w tym świecie są bezsilni, uwięzieni przez racjonalne myślenie i naukowe wyjaśnienia. A tam… Tam mogliby zaszkodzić. Znają przejście, ale nie znają zaklęcia, które je otwiera. Dlatego tak zależało im na mnie – popatrzyła uważnie na Janusza – i na tobie. Bałam się, że się nie uda, że pamiętnik wpadnie w niewłaściwe ręce – wyciągnęła dłoń przed siebie.
Janusz wyciągnął notatnik z torby i przyglądał mu się uważnie przez chwilę.
– Wskazówki… – powiedział, na wpół do siebie. – Ale co one wskazują?
Zaśmiała się nagle.
– Mówią, jak obudzić magię miasta, jakie miejsca odwiedzić, by otworzyć przejście – wzięła pamiętnik w drobną dłoń. – Przejście do innego świata.
Podniosła się, machnęła najpierw jedną stopą, potem drugą, strząsając kropelki wody, po czym zaczęła wiązać sandały. Janusz zauważył, że na przegubie błyszczała miedziana bransoletka, przedstawiająca smoki. Przełknął ślinę.
– A czy… – zawahał się na moment. – Czy ja również mógłbym z tobą pójść?
Spojrzała na niego zaskoczona, jednak po chwili uśmiechnęła się lekko – mogła się spodziewać, że kogoś, kto uwierzył słowom zapisanym w pamiętniku, zafascynuje wizja innego świata.
– Stamtąd nie ma powrotu – powiedziała poważnie.
– Ty wróciłaś.
Pokręciła głową.
– Jesteśmy teraz w miejscu, gdzie stykają się światy, gdzie cuda się zdarzają. Tutaj można czasem przyjść, zobaczyć Poznań takim, jakim widzą go nieliczni. Ale nie da się wrócić.
Bez powrotu. A przecież są sprawy, które powinien uporządkować – rodzina, znajomi, mieszkanie… Nie oglądaj się za siebie, nie rozliczaj przeszłości, nie żegnaj. Słowa z pamiętnika… Czy naprawdę obchodziło go to wszystko? Przecież i tak zostawia ten świat. Świat, w którym nic go nie trzyma.
– Chodźmy – powiedział po prostu.
Marta uśmiechnęła się. Podała mu rękę i razem przeszli przez drzwi.

maj-wrzesień 2004

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: