Jesienna melodia

Mironowi

Park szeleścił cicho pożółkłymi liśćmi. Niemłody, siwiejący mężczyzna, stał w bezruchu, obserwując gęste chmury płynące leniwie ponad nagimi wierzchołkami drzew. Mówiono o nim „muzyk”, bo ktoś kiedyś widział go w parku z futerałem niedbale przewieszonym przez ramię. Kto inny twierdził, iż starszy pan jest niespełnionym kompozytorem, a jakaś kobieta upierała się, że po prostu lubił słuchać szumiących liści. Nikt jednak nie zaczepiał mężczyzny, który od zawsze spacerował alejkami parku z głową zadartą w górę lub tkwił wpatrzony w jeden punkt. Muzyk również wydawał się cieszyć z samotności, unikając towarzystwa i spojrzeń innych spacerowiczów. Cenił sobie samotność, delikatny śpiew wiatru i rozmyślania, których nic nie zakłócało. Dlatego lubił jesienne popołudnia, kiedy chłód wypędzał z parku tłumy. Wsłuchiwał się w muzykę szumiących liści.
– Skrzypki! – to słowo zabrzmiało dla niego równie okropnie, jak drapanie paznokciami po szybie. Odwrócił się, niemalże czując fizyczny policzek.
Przed betonowym posągiem, przedstawiającym grającą na skrzypcach kobietę, stała mała, na oko sześcioletnia dziewczynka. Wpatrywała się zafascynowana w kruszejący, kamienny instrument.
– Skrzypce – poprawił odruchowo. Nie znosił beztroski, z jaką ludzie używali słów „skrzypki” i „rzępolić”.
Dziecko odwróciło się w stronę, z której dochodził głos – zafalowały brązowe, rozpuszczone włosy, a zadarty nosek celował teraz prosto w twarz muzyka.
– Potrafisz na nich zagrać? – spytała z nadzieją i ufnością. – Tak bardzo chciałabym usłyszeć, jak brzmią…
– Na tych nie – uśmiechnął się niemalże wbrew sobie. Nie lubił dzieci, nie doceniały muzyki, nie potrafiły się w nią wsłuchać. Przyglądał się badawczo małej istotce. Brązowa sukienka wydawała się być w strzępach, brudne rączki momentami nerwowo zaciskały się w piąstki, a jasne oczy patrzyły wyczekująco. Nie wyglądała na kogoś, kto przyszedł na rodzinny spacer. – Gdzie mieszkasz, dziewczynko? – zapytał łagodnie. Być może zgubiła się w parku… – Gdzie są twoi rodzice?
– Daleko – dziewczynka wyraźnie posmutniała. – I nie mogę do nich wrócić.
Mężczyzna skonfundowany próbował sobie przypomnieć, czy słyszał kiedykolwiek o uciekających z domów sześciolatkach. Westchnął… Świat niewątpliwie stawał się coraz gorszy.
– Pokażesz mi, gdzie mieszkasz? – nie rezygnował.
– Tylko, jeśli dla mnie zagrasz.
Uśmiechnął się.
– Zgoda – odparł, choć miał nadzieję, że nie będzie musiał dotrzymywać słowa.
Podbiegła, nagle radosna, jakby ktoś obiecał opowiedzieć jej najcudowniejsze z baśni. Wyglądała jak mały, brązowy ptaszek, skaczący wśród liści. Chwyciła go za rękę i pociągnęła alejką. Szedł, dziwnie się czując, gdy drobna dłoń ściskała mocniej jego palce. Dawno nie miał okazji dotykać drugiego człowieka.
Dziewczynka prowadziła go przez park i zdawała się doskonale wiedzieć, dokąd idzie. Wyszli przez uchyloną bramę i ruszyli wzdłuż ulicy. Zastanawiał się właśnie, czy stare mięśnie wytrzymają dłuższy spacer, gdy nagle jego przewodniczka zatrzymała się pod drzwiami jednej z kamienic. Widok zaniedbanego budynku zaskoczył Muzyka – on również w nim mieszkał! Cóż – niemalże wzruszył ramionami – nie musi zatem martwić się zmęczeniem. Otworzył drzwi i przepuścił dziewczynkę. Może i była młodziutka, ale zasadom dobrego wychowania musiało stać się zadość, przynajmniej w mniemaniu Muzyka.
Ruszyli w górę schodami, które pamiętały czasy jego młodości. Mała skakała swobodnie po stopniach, co chwilę zatrzymując się i spoglądając w dół, jakby sprawdzała, czy starszy pan wciąż idzie za nią. Wreszcie dotarli na poddasze. Mężczyzna chwycił się poręczy, walcząc z zadyszką. Dopiero po chwili uzmysłowił sobie, że dziewczynka zatrzymała się przy wejściu do jednego z dwóch mieszkań – pod jego własnymi drzwiami.
– Tu – powiedziała. – Tu mieszkam.

*

Powiedziała, że ma na imię Irmina. Nie zastanawiał się, czy tak było naprawdę, czy też miał do czynienia z dziecięcą przekorą i fantazją. Od kiedy dziewczynka wprowadziła się do niego, przestał się dziwić czemukolwiek.
Pierwszego wieczoru, po schrupaniu góry ciasteczek migdałowych i wypiciu kubka ciepłego mleka, zwinęła się w kłębek na niewielkiej sofie i zasnęła, przytulona do rogu poduszki. Muzyk nie miał serca jej budzić, przyniósł więc koc i otulił delikatnie dziewczynkę. Rankiem ze snu wyrwał go brzęk talerzy. Gdy, wciąż jeszcze zaspany, doszedł do kuchni, zobaczył Irminę przy kuchennym blacie (sięgała doń dzięki niewielkiemu stołeczkowi), z wielką uwagą smarującą masłem kawałki tostowego chleba.
– Herbata czy mleko? – zapytał, włączając czajnik elektryczny.
– Herbata? – uniosła brwi, zdziwiona. Otworzył więc szufladę, w której trzymał różne gatunki herbat – nie był smakoszem, lecz swego czasu leczył różne dolegliwości ziołami i została mu pokaźna kolekcja.
Irmina dość długo i z uwagą oglądała opakowania, wąchając ich zawartość. W końcu wskazała na trzy różne mieszanki ziołowe. Muzyk, sięgnął po nie, obiecując sobie w duchu nie dziwić się niczemu więcej. A zaparzona z trzech różnych torebek herbata smakowała wspaniałe.
Później zabrał dziewczynkę do domu towarowego i kupił kilka nowych ubranek – brązowa sukieneczka była w opłakanym stanie. Muzyk żył skromnie i uznał, że stać go na ekstrawagancję kupienia czegoś obcemu dziecku. W końcu i tak na nic nie wydawał zaoszczędzonych pieniędzy. Irmina wydawała się być zachwycona kolorowymi fatałaszkami i chętnie się przebrała, jednak nie pozwoliła wyrzucić podartej sukienki. Korzystając z okazji, mężczyzna kupił również gazetę, spodziewając się natrafić w niej na informację o zaginionym dziecku – niczego jednak nie znalazł. Irmina ani słowem nie wspominała o domu, a on nie miał serca zadręczać dziecka pytaniami.

*

Z początku, podczas pierwszych dni, gdy Irmina mieszkała u niego, obawiał się ciekawości sąsiadów i być może plotek, lecz słowo „wnuczka” wypowiedziane mimochodem w pobliskim sklepiku, zdawało się rozwiewać wszelkie wątpliwości – jeśli jakiekolwiek się w ogóle pojawiły.
Dziewczynka żywo interesowała się muzyką – podziwiała kolekcję instrumentów, które jej gospodarz miał w domu i przeglądała niezliczone arkusze nut, dopytując się o znaczenie różnych symboli. Starszy pan śmiał się, wprowadzając ją w muzyczny świat i nie protestował, gdy Irmina domagała się, by zagrał jakiś fragment. Wybierał wtedy jeden z instrumentów lub po prostu siadał do pianina. Potem brał ja na kolana, kładł drobne dłonie na instrumencie i cierpliwie pokazywał, jak powinna grać. Dziewczynka była zachwycona, a on miał nadzieję, że nie pamięta już o umowie – o tym, że miał zagrać dla niej na skrzypcach.
Wieczorami, kiedy nie chciał już dręczyć sąsiadów muzyką, siadywał w fotelu i opowiadał różne historie, podczas gdy Irmina słuchała zafascynowana, lub po prostu patrzył, jak leży na miękkim dywanie i rysuje kredkami kolorowe nuty i pięciolinie. Czas płynął spokojnie, a Muzyk po raz pierwszy od bardzo dawna czuł, że jego życie ma sens. Co więcej – że jest naprawdę szczęśliwy.

*

Pewnego poranka nie obudził go znajomy hałas w kuchni. Podniósł się szybko i ubrawszy szlafrok, wyszedł do pokoju. Sofa, na której sypiała Irmina, wciąż przykryta była zmiętoszoną pościelą, jednak dziewczynka już nie spała. Znalazł ją chwilę później, siedzącą nieruchomo na podłodze w niewielkim schowku. Podszedł bliżej, domyślając się już, co znalazła.
Otwarty futerał leżał obok Irminy, która patrzyła zachwycona na ciemne, czerwonawe drewno, na smukły gryf, na milczące struny.
– Są piękne… – wyszeptała, na wpół do siebie. Potem spojrzała na Muzyka. – Zagraj coś – poprosiła.
Niechętnie wziął instrument do ręki – wiedział, że powinien dotrzymać słowa, jednak nie grał na skrzypcach od tak dawna… Spojrzał niepewnie na Irminę. Dziewczynka poderwała się nagle i pobiegła w kierunku sofy. Po chwili wróciła, niosąc blok rysunkowy. Otworzyła go na jednej ze stron i wskazała na kolorowe nuty, po czym usiadła na podłodze, patrząc wyczekująco.
– Zagraj to, zagraj moje.
Roześmiał się nagle, zastanawiając, jak będzie brzmiał utwór „skomponowany” przez sześciolatkę. Przyłożył smyczek do strun i pociągnął delikatnie, wydobywając dźwięki dyktowane przez wielobarwne nuty. Zaskoczony stwierdził, iż układają się w melodię – prostą, lecz ładną i gdyby dodać kilka ozdobników, przedłużyć niektóre dźwięki i… Przestał grać w momencie, gdy muzyka miała go porwać. Irmina patrzyła na niego zawiedziona.
– Nie potrafię już grać – szepnął przepraszająco.
– Dlaczego? – dziewczynka patrzyła ze smutkiem, lecz w jej głosie brzmiało zatroskanie.
Westchnął ciężko, siadając na podłodze tuż obok. Patrzył na instrument.
– Każde skrzypce mają wewnątrz „duszę” – powiedział, wodząc palcem po lakierowanym drewnie. Irmina słuchała z uwagą. – To ona sprawia, że można na nich grać i dlatego należy tak delikatnie i uważnie obchodzić się z nimi. Jeśli dusza wypadnie lub choćby przesunie się odrobinę, nie wydadzą już żadnego dźwięku – umilkł na chwilę. – Ja jestem takimi skrzypcami, z których wypadła dusza. Nie potrafię już grać i tworzyć muzyki. Potrafię zagrać z nut, ale te melodie ugrzęzną gdzieś między papierem a skrzypcami. Nie będę umiał ich ożywić.
Irmina spojrzała na niego uważnie.
– Nauczysz się znowu, zobaczysz. Pomogę ci.

*

Odtąd futerał ze skrzypcami nie leżał już w schowku, lecz na niewielkim stoliku pod pochyłą ścianą. Niepisana umowa, jaką zawarli, mówiła o jednym utworze dziennie – zazwyczaj wybierała Irmina, na chybił trafił wyciągając nuty z olbrzymiego stosu papierów. Czasem jednak Muzyk decydował i grał coś z czasów swojej młodości. Wtedy rzadko dogrywał utwór do końca, w połowie przerywając z cichym westchnieniem. Odnosił wtedy skrzypce do futerału, odprowadzany smutnym spojrzeniem dziewczynki.
Zdecydowanie bardziej lubił lekcje gry na flecie, których udzielał Irminie – była niewątpliwie pojętna i szybko opanowała podstawy, więc wkrótce „lekcje” zmieniły się w próby zagrania prostszych utworów. Nie była to żadna wielka muzyka, lecz wspólne starania sprawiały im obojgu wiele radości.
Czas płynął, opadły ostatnie liście, a październik zamienił się w listopad. Muzyk zamyślony obserwował jesienną szarugę, zastanawiając się, kiedy spadnie pierwszy śnieg. Od czasu do czasu pozwalał myślom wędrować ku Irminie – wciąż nie mógł odgadnąć, kim była dziewczynka i dlaczego bez pytania zajęła tak ważne miejsce w jego życiu. Wertował gazety w poszukiwaniu ogłoszeń o zaginionych, niekiedy nawet słuchał radia, ale wciąż nie było żadnych informacji. Rozważał, czy nie powinien pójść na policję, lecz nie potrafił się zmusić – skoro Irmina nie tęskniła za domem i dobrze się jej żyło w mieszkaniu na poddaszu, to może należało pozostawić sprawy ich własnemu biegowi? Poza tym nie uśmiechało mu się tłumaczenie, dlaczego zgłasza się dopiero po dwóch miesiącach. Ilekroć rozmyślał nad rozwiązaniem, dochodził do wniosku, że nie warto nic robić.

*

Pewnego listopadowego popołudnia, gdy słońce pierwszy raz od bardzo dawna przebiło się przez zbitą masę chmur, Irmina namówiła Muzyka na spacer. Poszli do parku, w którym spotkali się po raz pierwszy. Skrzypce ciążyły mężczyźnie, lecz uśmiechał się, ilekroć poprawiał futerał przewieszony przez ramię. „Musisz je wziąć! Co będzie, jak w parku nabierzemy ochoty na granie?” – mówiła, gdy wychodzili, a Muzykowi przypomniały się lata młodości – wtedy nosił ze sobą skrzypce, dokądkolwiek szedł. „Przecież nigdy nie wiem, czy będę grał” – tłumaczył wtedy i słowa dziewczynki brzmiały jak odległe echo z przeszłości.
Spacerowali alejkami wyludnionego parku, Irmina podrzucała do góry liście i śmiała się, gdy opadały szeleszczącą kaskadą. Muzyk zauważył, że założyła brązową sukienkę, którą nosiła podczas pierwszego spotkania i złe przeczucie ścisnęło mu serce. Tymczasem dziewczynka wbiegła na niewielką, osłoniętą drzewami polankę i wdrapała się na kamienny cokół – pozostałość po jakiejś rzeźbie. Wyciągnęła flet i zaczęła grać, co chwilę zerkając, czy Muzyk zamierza się do niej przyłączyć. Starszy pan podszedł spokojnie i ułożył futerał na cokole. Po chwili po parku rozniosły się dźwięki muzyki i wesoły śmiech.
Gdy skończyli, Irmina spojrzała na niego.
– Muszę wracać do domu – powiedziała po prostu.
Westchnął. Nie przychodziło mu do głowy nic, co mógłby powiedzieć. Dziewczynka uśmiechnęła się łagodnie.
– Zagraj coś dla mnie – poprosiła.
Muzyk podniósł skrzypce. Wiedział już, co zagra – Niguna, melodię klezmerską – nastrojową, liryczną… Jego ulubioną, z czasów młodości. Przyłożył smyczek do strun i zawahał się, jakby wciąż niepewny siebie. A potem zagrał. Dźwięki płynęły swobodnie, odbijając jego smutek i sprawiając, że Nigun brzmiał naprawdę melancholijnie. Doskonale wpasowywał się w tło nagich drzew i brązowych liści pod stopami. Jednak mimo całego smutku, jaki czuł, Muzyk nie mógł oprzeć się radości, czerpanej z gry po raz pierwszy od bardzo dawna. Muzyka przenikała go, pozwalając wyrazić siebie, przynosząc oczyszczenie stłumionych emocji. Kątem oka zauważył, że Irmina nie siedzi już na postumencie. Leżał tam tylko jej płaszczyk i czarny futerał na skrzypce. Mężczyzna nie przerywał jednak gry, nie zastanawiając się, czy dziewczynka odeszła już, czy też zniknęła tylko na moment. Nigun był jego pożegnaniem, wszystkim, czego nie potrafił wyrazić za pomocą słów – nie mógł więc przerwać. Dopiero po chwili zauważył, iż na ciemnozielonym płaszczu siedzi niewielki ptaszek o brązowym upierzeniu. Uśmiechnął się lekko, gdy mały dzióbek zatrząsł się nagle, jakby potakiwał. Muzyka płynęła przez opustoszały park. Muzyk grał, a skrzypce płakały w jego ramionach.

*

Gdy wiosną ktoś zobaczył starszego pana spacerującego po parku, zdziwił się, widząc ciemny kształt ciążący mu na ramieniu. Sąsiadki wymieniały spojrzenia – „A nie mówiłam? To jednak muzyk”. A mężczyzna jak zwykle nie zwracał na nikogo uwagi, przechadzając się szerokimi alejkami. Wokół wszystko rozkwitało, wyciągając swe pąki i liście ku słońcu. Jednak tym razem Muzyk nie zamarł w bezruchu, by wpatrywać się w korony drzew, lecz poszedł na niewielką polankę. Tam, położywszy futerał na kamiennym cokole, wyjął zeń skrzypce. Stroił je przez chwilę, upewniając się, czy wszystko w porządku, a potem – nie zawahawszy się nawet przez moment – zaczął grać. Przechodnie zatrzymywali się, by  posłuchać, czasem ktoś przysiadał na pobliskiej ławce, nie chcąc stracić nawet chwili z niespodziewanego koncertu. Mało kto przechodził obojętnie, bo muzyka była piękna, a wplecione w melodię emocje sprawiały, iż poruszała do głębi.
Gdy tylko pogoda pozwalała, Muzyk przychodził do parku. Można było zobaczyć, jak grał na niewielkiej polance, otoczony grupką dzieci. Gdy skrzypce milkły, park wypełniał radosny śmiech maluchów, którym starszy pan opowiadał zabawne historie związane z muzyką. Niekiedy przynosił jeszcze inne instrumenty, opisując ich działanie i pozwalając odważnym spróbować gry. Czasem tylko, po staremu, wpatrywał się w zielone liście i wtedy wokół zapadała cisza, a dzieci przypatrywały się z uwagą. Tymczasem on uśmiechał się lekko, dostrzegając wśród konarów małego, brązowego ptaszka, po czym odwracał głowę w kierunku słuchaczy i zaskakiwał ich kolejną zabawną historią.

19-20.VIII.2004

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: